piątek, 6 maja 2016

Ordinary Life. 13. 'Elize'


     Piątek, 4.01

- Witaj Mio. - usłyszałam dziewczęcy głos, który obudził mnie ze snu. Jeśli 4 godziny spędzone leżąc na łóżku z zamkniętymi oczami, przed którymi nie pojawiały się żadne obrazy można nazwać snem.
 Rozejrzałam się po pokoju za kimś, kto mógłby wypowiedzieć te słowa. Ku mojemu zdziwieniu nikogo nie zastałam. Za to usłyszałam ten głos ponownie.
- Tutaj. - powiedział. Zaczęłam zastanawiać sie, czy czasem moja wyobraźnia nie robi sobie ze mnie żartów. Ale nie.
 Jeszcze raz powędrowałam moim wzrokiem po otaczających mnie czterech ścianach. Zupełnie niezamierzenie spojrzałam na szafkę obok mnie. Leżał na niej mały głośniczek i mikrofon. Możliwe to było, żeby ktoś rozmawiał ze mną właśnie przy pomocy tego urządzenia?
- Tak. Możliwe. Bo właśnie tak jest. - ktoś czyta mi w myślach. Ale jak to robi nawet mnie nie widząc? I prawdopodobnie nie znając.
 Dopiero po chwili skleiłam ten fakt z tym, o czym dowiedziałam się wczoraj na stołówce. Ten moment utkwił mi na dobre w pamięci.
- Jak widać - mówi chłopak obok.
- Teraz już wiem, o czym mówiła Elize. 
- I my też. 
Gdzie ten ktoś może być? Hmmm... Recepcja !
Dziewczynka nie zdążyła odpowiedzieć, bo od razu puściłam się pędem przez korytarz nie zamykając drzwi do pokoju. Biegłam przed siebie ile sił w nogach. W pewnym momencie przed oczami przeleciał mi ktoś lub coś. Nie mogłam stwierdzić dokładniej. ponieważ był widoczny jedynie przez sekundę. Ruszyłam w stronę recepcji. Gdy znalazłam się na miejscu, nikogo tam nie było. Odwróciłam się o 180 stopni chcąc udać się do pokoju lekarzy (stwierdziłam, że tam mogę zastać uciekiniera ). Jednak coś lub ktoś mi przeszkodził.
- Witam panno Mio. Gdzie pani się tak śpieszy? - zaczepił mnie wysoki mężczyzna w garniturze.
- Witam.. Yhm... - podrapałam się po karku na znak niepewności - Podobno są tu moi .. mój kuzyn.
- Ale nie ma tu nikogo oprócz nas.
- Jak widać.. musiał.. wracać do domu.
- Dobrze, ale wie pani, że bieganie po korytarzu jest zabronione.
- Tak wiem.. Przepraszam.. Nie będę już.
- Dobrze. Trzymam panią za słowo. - uśmiechnął się i odszedł, a ja odetchnęłam z ulgą.
Byłam już wykończona bieganiem, które i tak nie dawało oczekiwanego efektu, więc wróciłam spokojnym krokiem do pokoju. Popchnęłam lekko drzwi, które na skutek tego przesunęły się jedynie o kilka centymetrów i opadłam na materac. Podłożyłam ręce pod głowę, a stopy oparłam na ramie łóżka. Było ono za małe jak dla mnie - trafiłam na oddział dziecięcy, jedynie z powodu tego, że nigdzie nie było przygotowanego pokoju. Nie uszczęśliwiało mnie to, zwłaszcza dlatego, że codziennie wieczorem musiałam słuchać 'koncertów' - darcia się, krzyków, nieudanego odśpiewywania melodii słyszanych w danym dniu w radio lub czytania bajek wykonywanego przez jakieś dziecko, które jeden wyraz składało 2 minuty - w jego wieku to raczej normalne, ale wszystko to nie dawało mi się wyspać, wypocząć i przemyśleć niektórych spraw. Teraz również nie mogłam się skupić. Przewróciłam się na prawy bok i skuliłam nogi. Próbowałam zasnąć. A wnioskując z tego, co powiedziałam wcześniej - miałam marne szanse. Ku mojemu szczęściu, które po raz pierwszy tamtego dnia mnie odwiedziło, zasnęłam po kilku minutach. Jednak zanim zamknęłam oczy, poczułam uderzenie w tył głowy. Może jednak nie zasnęłam tylko.... straciłam przytomność ?
- Budzi się ! - usłyszałam krzyk, który wydobywał się z ust jakiegoś chłopaka, kiedy promienie słońca (lub światło lampy) dostało się do moich oczu, gdy podnosiłam powoli powieki.
- Mia, wszystko dobrze ? - spytał kobiecy głos. Nadal nie kojarzyłam, co się dzieje. - Córciu, odezwij się.
Mama. To była moja mama. Mama i najprawdopodobniej Calum. Ucieszyłam się, ale gdy uniosłam oczy w górę, moje przypuszczenia się rozwiały. Nie do końca. Nad łóżkiem stała mama - tak, jak myślałam - i Hayes,.. Ten nowy ze szkoły. Dopiero wtedy zaczęłam wracać do rzeczywistości. Na nowo uświadomiłam sobie kilka spraw:
* Jestem w szpitalu , a jeśli dobrze wiem, to miałam dziś wyjść.
* Mam raczej coraz mniejsze szanse na to, żeby wreszcie od jakiegoś czasu wdychać świeże powietrze.
* Musiało coś się stać, bo nie leżę na swoim łóżku w swojej sali.
- Dlaczego nie ma tu Caluma?
To ostatnie zdanie wypowiedziałam przez przypadek na głos.
- Mia, ty żyjesz. - powiedziała mama i pocałowała moje czoło.
- Dlaczego miałabym nie ? - spytałam cicho.
- Zostałaś uderzona czymś w głowę. Nie lekko, ale nie mocno. Lekarze twierdzą, że małe dziecko nie mogło tego zrobić. - powiedział chłopak.
 Odwróciłam głowę w jego stronę. Niebieskie tęczówki wpatrywały się we mnie, a w pewnym momencie błysnęły, co trwało najkrótszą sekundę mojego życia. Nie wiedziałam, co o tym  myśleć i co zrobić, więc wybrałam najprostszą opcję wyjścia z tej sytuacji i ponownie spojrzałam na moją rodzicielkę. Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę, aż pani Davies weszła i poprosiła wszystkich o opuszczenie pokoju. Potem zaczęła drobne badania i zanotowała wyniki. Pożegnała się ze mną i wyszła, zapewne do lekarza. Po chwili do pomieszczenia wszedł Has i usiadł na krzesełku po prawej.
- Hej, jak się czujesz?
- Cześć. Już lepiej.
- Martwiłem się. Wiedz o tym. - nie usłyszałam tego zdania, bo moją uwagę przykuła pewna osoba. Nie jej obecność, raczej nieobecność.
- Gdzie moja mama ? - zapytał zmartwiona.
- Rozmawia z lekarzem. Jest u niego w gabinecie.
- Uff. Kamień z serca. Co w szkole ?
- Bez mojej najlepszej przyjaciółki ? Koszmarnie.
- Na pewno niedługo się zobaczycie.
- Widzę ją, a raczej widziałem codziennie w szkole, ale miała wypadek i jest w szpitalu.
- Ou. Współczuję. Pozdrów ją ode mnie.
- Ty głupku. Chodzi o Ciebie ! - zaczął się śmiać, a ja po chwili razem z nim. - Nawet w takim stanie nie tracisz uśmiechu na twarzy. Za to Cię lubię.
Jakbyś mnie widział w podobnym stanie to byś zmienił zdanie, człowieku. Bardzo szybko.
- To opowiadaj co tam.
- Nash łazi po całym domu i z nikim nie chce rozmawiać... Jakiś taki wkurzony cały czas jest.
- Niech weźmie kilka głębokich oddechów, porozrzuca poduszki po całym pokoju, włączy spokojną muzykę i stopniowo przełącza ją na taką, jaką lubi. Mi to pomaga.
- Ok. Spróbuje mu przemówić do rozsądku.
 Rozmawialiśmy jeszcze chwile, a gdy lekarz wraz z mamą wszedł do sali, zwróciliśmy oczy w ich stronę. Lekarz oznajmił, że mogę wyjść jeszcze w tamten dzień ze szpitala. Ucieszyłam się, a gdy nadszedł moment, w którym byłam pewna, że wracam do domu, zeskoczyłam z łóżka i zaczęłam wkładać swoje rzeczy do torby. Nie było ich dużo, dlatego po kilku minutach przekraczałam próg szpitala i mogłam odetchnąć powietrzem, którym oddychali mieszkańcy miasteczka, w którym mieszkałam.

-----
Hi.
Masakrycznie długo zajęło mi pisanie tego rozdziału, ale szkoła, której tak btw zaczynam serdecznie nienawidzić i egzaminy, które dały w kość porządnie... Ale poszły mi dobrze :)
14 już w całości gotowa. Jak tylko napiszę 15 ( a nie mam na nią ŻADNEGO pomysłu, więc klapa) to wstawię next.

14:
'Chłopak prowadził mnie w nieznane mi miejsce. Ciekawiło mnie to, co chce mi pokazać. Kiedy zatrzymaliśmy się przed małym, drewnianym domkiem, zamarłam. Nie mogłam się ruszyć, nie mogłam wypowiedzieć żadnego słowa. Mój towarzysz patrzył na mnie troskliwym wzrokiem pełnym obawy.
- Wszystko w porządku? Może chcesz wrócić do domu?
- Tak, nie. To.. to jest dom, który mi się śnił dziś w nocy.'

Bye x







środa, 9 grudnia 2015

Ordinary Life. 12. 'Ośmioletnia blondynka'


     Czwartek, 3.01.

 W ciągu nocy budziłam się kilka razy i przed długi czas nie mogłam zasnąć. Miałam takie dziwne sny, które dręczyły mnie przez całą noc.. Nie wiedziałam, co mają oznaczać. Każdy sen miał jakieś przesłanie. Tak przynajmniej mówił Calum. Jak tylko wyjdę z tego głupiego szpitala muszę z nim o tym porozmawiać.
 Rano obudziłam się nawet wyspana. Otwierając oczy, zostałam oślepiona przez blask promieni słonecznych. Gdy oswoiłam się z jasnym pomieszczeniem, rozejrzałam się. Nic się nie zmieniło. Nadal byłam w szpitalu, w tym samym pokoju, na tym samym łóżku. Jednak nie było nikogo na krzesełku obok mnie. Nash wrócił do domu zaraz po tym, jak poprzedniego dnia zasnęłam. On i Calum byli teraz w szkole. Przynajmniej powinni. Rodzice w pracy. Jedyna osoba, która mogłaby się tu zjawić,to..
 Pielęgniarka. Weszła do sali i przywitała się ze mną, na co odpowiedziałam tym samym. Przystanęła jak zawsze na prawo od łóżka i rozłożyła swój sprzęt na szafce. Spytała jak się czuję. Odpowiedziałam, a kobieta rozpoczęła badanie. Wszytko zakończyło się około godzinę później. Cały dzień spędziłam leżąc na szpitalnym łóżku. Nikt, prócz mojej kochanej mamy, nie odwiedził mnie tamtego dnia. Ale znając Caluma i tatę, dokładniej ich plany na dziś, nie znaleźliby czasu na przyjazd tu. Jedyna dobra informacja, którą otrzymałam dzisiaj to to, że zostanę wypuszczona w weekend. Z jednej strony cieszyłam się z tego, bo:
1. OPUSZCZAM SZKOŁĘ, co oznacza, że jestem uwolniona od paczki Evana.
- Nawet nie wiecie, jak bardzo się z tego cieszyłam.
2. Odpoczywam. Należało mi się to.
 Z drugiej strony martwiłam się tym, że:
1. Będzie duuużo nadrabiania. Jak ja sobie z tym poradzę?
2. Jak wrócę, wszyscy będą się kleić do mnie i pytać, dlaczego nie chodziłam do szkoły. Nie cierpię tego.
 Wieczorem pielęgniarka przyszła do mnie i powiadomiła o kolacji na stołówce. Powoli podniosłam się, wsunęłam kapcie i ruszyłam za nią. Stołówka była prostokątnym pomieszczeniem podzielonym na dwie części - jadalnię i kuchnię. W tym pierwszym znajdowały się rzędy stołów. Przy każdym z nich stało osiem krzeseł - po dwa z każdej strony. Siedziało na nich już kilku pacjentów. Wyłapałam twarze dwóch chłopaków i dwóch dziewczyn. Wszyscy wyglądali na mój wiek lub byli starsi o kilka lat. Jedynie w kąciku po drugiej stronie stołówki, siedziały dwie młodsze dziewczynki. Miały około 8 lat. Ich wzrok powędrował na mnie. Odruchowo popatrzyłam w ich stronę w momencie, w którym wyczułam w ich spojrzeniu smutek, samotność i strach jednocześnie. Gdy zauważyły, że patrze na nie, natychmiast odwróciły wzrok. Jakby się mnie bały. Podeszłam do okienka. Kucharka widząc mnie, otrząsnęła się i sięgnęła po talerz. Po chwili składniki dzisiejszej kolacji pojawiły się na nim, a on znalazł się w moich dłoniach. Popatrzyłam na talerz. Dwie kromki chleba, kostka masła, dwa plasterki szynki. Podniosłam wzrok i ujrzałam kubek herbaty na blacie. Chwyciłam go i ruszyłam w stronę stołów. Zdecydowałam usiąść w pobliżu miejsca, gdzie siedziały dziewczynki. I tak zrobiłam. Usiadłam przy stole i zaczęłam smarować chleb masłem. Cała stołówka milczała. Jedynie słychać było ciche szepty kucharek. Usłyszałam kilka.
- Co to za dziewczyna? - ktoś spytał.
- Ta blondynka z zielonymi oczami?
- Tak.
- O ile się nie mylę, przywieźli ją na początku tego tygodnia.
- Ahm.. nie widziałam jej jeszcze.
Czy rozmawiają tak o każdym nowym pacjencie? Nie wydaje mi sie, żeby interesowały się nimi aż tak bardzo. 
- Nie. Nie o każdym. Tylko o takim, który 'WPADNIE IM W OCZY'.
 Natychmiast odskoczyłam od stołu. Aż się zatrząsł. Spoglądnęłam na prawo. Nie było tam nikogo. Za siebie- też nikogo nie zobaczyłam. W lewo - dopiero tam wyrosła mi przed oczami szczupła sylwetka około ośmioletniej blondynki. Prześledziłam oczami jej wygląd i spytałam:
- Czytasz w myślach?
- Tak. A ty masz za dobry słuch. Do tej pory nikt nie usłyszał ich rozmowy wyraźnie. Zawsze szepczą cicho, jak wskazówki zegara.
- Dlaczego ? Dlaczego rozmawiają akurat o mnie ?
- Widocznie Spodobałaś Się Im, Czarna.
 Czarna? O co jej chodzi ?
- Nie wiesz? Trudno, w takim razie niedługo dowiesz się, o co.
- Słyszysz moje myśli?
- I jeszcze do tego ma krótką pamięć. W takim razie nie mam wątpliwości co do Narodu. - wyszeptała odchodząc.
 Nie odrywałam od niej wzroku do momentu, w którym usiadła przy stoliku obok swojej koleżanki. Do końca pobytu w tamtym miejscu moje myśli krążyły wokół tej dziewczynki i jej słów. 'Spodobałaś Się Im, Czarna.' O co mogło jej chodzić ? I to określenie czarna.. 'W takim razie niedługo dowiesz się, o co.' Niedługo ? Jak długo mam czekać ? 'W takim razie nie mam wątpliwości co do Narodu.' Narodu ? Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi.. 
 Gdy skończyłam posiłek, wstałam i podeszłam do okienka, by odłożyć talerz. Przechodząc obok stolika, przy którym siedzieli nastolatkowie, spojrzałam na nich. Jeden z chłopaków kiwnął głową w moją stronę zapewne chcąc, abym do nich podeszła. Po chwili znalazłam się obok nich.
- Rozmawiałaś z nią? - spytał.
- Z tą blondynką ? - wskazałam ruchem głowy na dziewczynkę siedzącą w rogu stołówki.
- Tak.
- Rozmawiałyśmy przez chwilę.
- I co ?
- Prócz tego, że potrafi czytać w myślach i tego, że nie mam zielonego pojęcia o co jej chodziło, jak odpowiadała na moje pytania, to nic.
- Ou. To nie jest nic. To bardzo dużo. A co powiedziała?
- Stwierdziła, że 'Spodobałam Się' kucharkom, że mam krótką pamięć, nazwała mnie Czarną.. Powiedziała też, że 'nie ma wątpliwości co do Narodu'.
- Wow. Czarną ?
- Tak.
- Nie przedstawiłem się. Jestem Matt. A ty? - wzdrygnął się.
- Szybko zmieniłeś temat.. Mia. - uśmiechnęłam się.
- To Maya, Ashton i Allison.
- Miło Was poznać.
 Przez kilka minut rozmawialiśmy. Poznałam ich wszystkich i wydali się nawet sympatyczni. Nasza rozmowa zakończyła się w momencie, gdy kucharki ogłosiły, że zamykają stołówkę. Ruszyłam do drzwi wyjściowych chcąc znaleźć się w swojej sali. Jednak zanim wyszłam, ktoś pociągnął mnie za ramię. Był to Matt.
- Uważaj na nią. Dobrze Ci radzę.- wyszeptał i odszedł w swoją stronę.
 Wzruszyłam ramionami  i skierowałam się w stronę pokoju, z którego przyszłam. Po wejściu oparłam się o łóżko i wzięłam głęboki oddech. Nagle usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi.
- Nie wierz mu. Nie jestem groźna. Dla niektórych. - usłyszałam cichy szept i potem drzwi zamknęły się z trzaskiem.
 Kładąc się spać myślałam nad tym. kto mógł tak niespodziewanie wpaść w odwiedziny. Przecież tylko pielęgniarki i lekarze wiedzą, w którym pokoju jestem. Ale mogę o czymś nie wiedzieć..  Dopiero przykrywając się kołdrą, skojarzyłam fakty z dziś i z wczoraj. Dokładniej z wczorajszego snu. I z dzisiejszej rozmowy z ośmiolatką. Śnili mi się Ciemni. A Ciemni ze snu byli Czarni. Dziewczynka nazwała mnie Czarną. Jedyne, co mi tu nie pasuje to to, że we śnie byłam Jasną...

-----
Hi ! Mamy 12 ! Niech będzie szczęśliwa. W KOŃCU JĄ NAPISAŁAM ! Nie było z górki na pazurki, więc jest dopiero dziś.. Ale ważne, że jest.

Ale zbieg okoliczności.. 12 rozdział skończony 12.10. :) Db nie ważne... I tak ostatnie zdania zmieniałam 14.10..x

A dodaje 9.12. Miło, nieprawdaż? (szkoła itp. itd.) 13 sie pisała wieki, so 12 jest teraz, nie wcześniej.
13 pewnie też dodam za Bóg wie ile, bo konkurs z chemii zobowiązuje. x

13 :
'' Na nowo uświadomiłam sobie kilka spraw:
- Jestem w szpitalu , a jeśli dobrze wiem, to miałam dziś wyjść.
- Mam raczej coraz mniejsze szanse na to, żeby wreszcie od jakiegoś czasu wdychać świeże powietrze.
- Musiało coś się stać, bo nie leżę na swoim łóżku w swojej sali.
- Dlaczego nie ma tu Caluma ? ''
Love,
Byeeee.

poniedziałek, 12 października 2015

Ordinary Life. 11. ,Jest moim kuzynem'.

Dopisek z dziś (tak na prawdę to oficjalnie wstawiam to 14.10 )/12.10.15/. (rozdział pisany wieki (czyt. około miesiąc) temu ale to nie jest ważne x):
BONUSIK. WSTAWIAM DZIEŃ WCZEŚNIEJ. (edit: dokładnie kilkanaście minut przed jutrem - 13.10) ŚWIĘTUJMYY X. (niby wstawiłam o ten dzień wcześniej ale i tak dopisuje notki 14.10)

-----

     Środa, 9.01. 

 Obudziłam się i gwałtownie usiadłam na łóżku, wciągając szybko powietrze. Oddychałam ciężko, ale ból w klatce piersiowej ustał. Zapewne dzięki operacji. Siedziałam lekko przerażona  moim snem, aż ktoś wyrwał mnie z zamyślenia.
- Mia, co się stało ? - odwróciłam głowę w stronę, z której dochodziły te słowa. Na krzesełku obok mnie siedział Nash.
 Spuściłam nogi na podłogę i wpatrywałam się w chłopaka nadal ogarnięta emocjami związanymi z tym, co się wydarzyło w mojej wyobraźni. Mój oddech powoli się wyrównywał, a gdy już był równomierny, wyciągnęłam ręce w stronę bruneta, chcąc go przytulić. On, widząc to, wstał i podszedł do mnie, zamykając w szczelnym uścisku. Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza. Po chwili było ich więcej, aż sprawiły, że cicho łkałam. Nash widocznie to usłyszał, bo przytulił mnie mocniej i zaczął gładzić moje plecy dłonią. Trwaliśmy w takiej pozycji jeszcze około minuty. W pewnym momencie odkleiliśmy się od siebie i popatrzyliśmy sobie w oczy. Po chwili niebieskooki przybliżył się do mnie i odgarnął włosy z mojej twarzy. Uśmiechnął się, całując mnie w czoło. Kąciki moich ust uniosły się do góry. W końcu postanowiłam odpowiedzieć na pytanie chłopaka.
- Miałam straszny sen... Obudziłam się po operacji w tym pokoju i byłam tu sama. Otworzyłam oczy, ale po chwili się zamknęły i .. Umarłam. - spuściłam głowę w dół. Na mojej twarzy pojawiły się łzy i zaczęłam popłakiwać. Chłopak od razu przytulił mnie do siebie, nie zostawiając pomiędzy naszymi ciałami żadnej wolnej przestrzeni. Oparłam głowę na jego ramieniu i powoli się uspokajałam. Jego dotyk sprawił, że poczułam się bezpieczniejsza.
- Nadal tak jest ? - pyta Nash.
- Tak. - odpowiada Mia.
*On obejmuje ją ramieniem i podnosi do góry, potem usadawia ją na swoich kolanach i przytula od tyłu, opierając głowę na ramieniu dziewczyny.*
 Po chwili moje policzki stały się suche i odsunęliśmy się od siebie.
- Dziękuję. - powiedziałam cicho.
- Za co ? - odpowiedział pytaniem.
- Za to, że tu jesteś. I ogólnie za to, że jesteś. - podniosłam swój wzrok z podłogi na chłopaka przede mną i wpatrując się w jego tęczówki, uśmiechnęłam się.
- Musiałem tu przyjść. Zobaczyć, co z Tobą. Nie przeżyłbym bez dowiedzenia się jak czuje się moja przyjaciółka. - odwzajemnij uśmiech, ukazując przy tym śnieżnobiałe zęby i spojrzał w moje oczy, jakby chciał odczytać moje myśli. Zawsze chciałam to umieć. Umieć czytać w myślach.
 Spuściłam głowę z powrotem w dół i położyłam się na łóżku. Brunet chwycił moją dłoń i uniósł ją do góry, po chwili całując. Dosłownie sekundę później do sali weszła pielęgniarka.
- Dzień dobry, jak się pani czuje ? - zwróciła się do mnie.
- Dzień dobry. Lepiej. - odpowiedziałam.
- Dzień dobry. - odezwał się Nash.
- O, dzień dobry. Pan jest kimś z rodziny Mii ?
- N .. - zaczął.
- Tak, jest moim kuzynem.
- W takim razie może pan zostać. Tylko pobiorę krew i zmierzę ciśnienie.
- Dobrze.
 Pielęgniarka rozłożyła cały sprzęt na szafeczce obok łóżka. Poprosiła mnie, żebym usiadła tak, żeby się opierać na poduszce. Powiedziała też, żebym położyła rękę na podłokietniku łokciem w dół. Gdy kobieta przygotowywała się do pracy spojrzałam w prawo. Na tacy były położone strzykawki : mniejsze, większe, zamknięte, otwarte. Były też tam waciki, plastry, woda i para przezroczystych rękawiczek, które pielęgniarka od razu założyła na swoje dłonie. Nie minęło dużo czasu do momentu, w którym miejsce na ręce, z którego pobrano mi krew, było zaklejone plastrem. Potem zmierzono mi ciśnienie. Wszystko wskazywało na to, że jest dobrze.
- Za godzinę powinniśmy mieć wyniki badania krwi. Czy pani Moretz jest dziś w domu ? - spytała kobieta.
- O ile nic się nie zmieniło, jest teraz w pracy. Do 18:00. - powiedziałam.
- Dobrze, dziękuję za informacje. Do widzenia.
- Do widzenia. - odpowiedzieliśmy.
 Wyszła, zamykając drzwi. Zostaliśmy sami.
- Serio, kuzyn ? - spytał brunet, śmiejąc się z niedowierzaniem.
- Nic innego nie wpadło mi do głowy. - odpowiedziałam w ten sam sposób.
- Ej Mia.. - przewrócił oczami.
- No co ?
- Nic.
 Zaśmiałam się i położyłam na łóżku patrząc na Nasha.
- Jesteś zmęczona ? - spytał.
- Trochę..
- To odpocznij. Słodkich snów. - podniósł się z krzesła.
- Nie idź, zostań. Jak zasnę to możesz wrócić do domu. Okej ?
- Dobrze, zostanę. - chwycił moją lewą dłoń w swoją lewą, a prawą gładził moje włosy, które zapewne wyglądały gorzej jak po wstaniu wczesnym rankiem z łóżka.
 Wysłaliśmy sobie nawzajem uśmiechy, po czym zamknęłam oczy i powoli zostałam wciągnięta w wir snów.

 Byłam na polanie, całkiem sama. Wokół mnie oddalony o kilkadziesiąt metrów od środka polany rozciągał się wielki las. Rozglądałam się przez chwilę, ale nie zauważyłam nic szczególnego. Wstałam. Podeszłam kilka kroków bliżej drzew. Dopiero wtedy zauważyłam, że coś się wśród nich porusza. Coś małego, zwinnego i szybkiego. Cofnęłam się o krok i wyciągnęłam ręce przed siebie układając palce jakbym chciała odbić piłkę. Skierowałam dłonie palcami do siebie. Przekręciłam jedną w lewo, drugą w prawo i przybliżałam je do siebie stopniowo. Nie rozkładałam ich jeszcze przez chwilę, póki nie usłyszałam za mną czyichś kroków. Odwróciłam się, a trawa w miejscu, nad którym wcześniej były moje ręce, poruszyła się i wysuszyła. Osoba stojąca za mną była wysoka. Na głowie miała kaptur, a oczy zasłoniła ciemnymi okularami. Jej spodnie były czarne, jak i bluza. Stałam dość daleko od niej, więc nie dostrzegłam jej rysów twarzy i jej wyrazu. Podeszła dwa kroki bliżej mnie. Wtedy za jej plecami coś się wytworzyło. Ciemna plama. Czarna plama. Potem za nią zobaczyłam dwie tak samo ubrane osoby, ale niższe. Gdy stały kilka metrów ode mnie, powtórzyłam ruchy, które wykonałam wpatrując się w las. Niestety skutek był ten sam. Czarna postać na czele zaśmiała się głośno. W tym momencie usłyszałam szum za swoimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam dwie postacie w białych szatach. Na nogach miały lekkie sandały. Ich głowy ochraniała chusta, a za plecami pojawiła się biała poświata. Szepnęły coś w stylu 'Przybyliśmy, by Ci pomóc'. Natychmiast zwróciłam swój wzrok z powrotem na ciemnych, którzy z każdą sekundą byli coraz bliżej. Spróbowałam jeszcze raz wytworzyć broń. Tym razem z niewielką pomocą stojącego za mną po lewej, udało mi się i wycelowałam nią na najwyższego przeciwnika. Ten uchylił się, ale jego ramie i tak ucierpiało. Następnie cała nasza trójka powtórzyła poprzednie ruchy i kolejne kule trafiły w przeciwników, którzy po chwili również zaczęli atakować. Przesunęliśmy się na środek polany. Kilka minut później, walka zakończyła się powodzeniem dla naszej drużyny. Jedyne, co martwiło moich towarzyszy to to, że przywódca ciemnych przeżył. Na nasze szczęście nie musieliśmy długo czekać, aż zniknie. Wyparuje. Przestraszyłam się trochę i gdy chciałam podziękować moim wybawcom za pomoc, odwróciłam się w stronę miejsca, gdzie przed chwilą stali. Jednak widok jaki zastałam, zmartwił mnie i przeraził. Dwójki jasnych nie było. Też wyparowali. Ale na trawie leżał liścik. Na jego kopercie, w miejscu, gdzie powinien się znajdować adres nadawcy, był napis : 'Otwórz, jak wydostaniesz się z lasu. I uważaj - idź ścieżką'. Ale przecież tam nie ma żadnej ścieżki - pomyślałam i podniosłam głowę lekko w górę. Przede mną rozciągała się dróżka. Bez większego zastanowienie ruszyłam w jej stronę. Gdy stawiałam na niej dziesiąty krok, coś szybko skoczyło na mnie. 
 Obudziłam się nagle i gwałtownie usiadłam na łóżku. Pomyślałam: 'Co to za sen?' i odwróciłam głowę w lewo. Przestraszyłam się, bo zastałam w tamtym miejscu Caluma, który siedział na krześle jakby nic się nie zdarzyło. Powiedział: 'Minie dużo czasu, zanim otrzymasz odpowiedź'.
Wróciłam wzrokiem na drzwi, a po sekundzie spojrzałam jeszcze raz w miejsce, gdzie siedział Calum. Zniknął. On zniknął. Wyparował.  

-----
 Hi ! Taki jeden z krótszych, ale nie miałam na niego pomysłu..
15 koonkurs z chemii, a ja zamiast się uczyć to siedzę i kończę pisać 12 rozdz... A to, że jest 23:35 i piszę tą notkę w poniedziałek 12 oznacza, że nie posłuchałam rodziców i nie poszłam spać.

12 :
''Czy rozmawiają tak o każdym nowym pacjencie? Nie wydaje mi sie, żeby interesowały się nimi aż tak bardzo. 
- Nie. Nie o każdym. Tylko o takim, który 'WPADNIE IM W OCZY'.''

Love,
Bye x

Edit (14.10): zamiast siedzieć i przeglądać 2 raz wszystkie materiały na konkursu to edytuje rozdział... Nie zdziwię się, jak nie przejdę dalej x

sobota, 29 sierpnia 2015

Ordinary Life. 10. ,Mia ! Mia !'


     Wtorek, 8.01

 Ranek był taki, jak zawsze. Wstałam o 6:50 i podeszłam do szafy, by wybrać ubrania. Zabrałam je ze sobą do łazienki, gdzie  przebrałam się po wykonaniu wszystkich porannych czynności. Wróciłam jeszcze na chwilę do pokoju po plecak i zeszłam na dół do kuchni. Na stoliku stał już talerz z kanapkami. Caluma jeszcze nie było. Usiadłam na krześle i wzięłam kromkę chleba, posmarowaną serkiem topionym. Po zjedzeniu posiłku wstałam i podeszłam do miejsca, w którym stał czajnik. Wlałam do niego wodę i włączyłam go. Potem przygotowałam kubek i włożyłam do niego torebkę zielonej herbaty i zalałam wrzątkiem. Chwyciłam naczynie w ręce i odwróciłam się. Mało brakowało do tego, żeby jego zawartość znalazła się na mojej bluzie i na podłodze. A to dlatego, że nagle przed nosem wyrósł mi mój brat.
- Cześć. - odparł widocznie nie zainteresowany ewentualnymi skutkami tego, co się wydarzyło.
- Ym..Cześć. - odpowiedziałam.
 Chłopak wyminął mnie i również zrobił sobie ciepły napój. Usiadłam przy stole, patrząc się w jego stronę. W dłoniach nadal trzymałam parzący garnuszek. Nawet nie zwróciłam na to, że moje palce są rozgrzane aż za bardzo, dopóki Cal nie sprawił, że wróciłam do rzeczywistości. Natychmiast odstawiłam naczynie na stół i potruchtałam do zlewu, aby przemyć ręce zimną wodą. Widziałam kątem oka jak siedzący uśmiecha się pod nosem. Lekko pokręciłam głową i wróciłam na swoje miejsce.
- Co Cię tak bawi ? - spytałam.
- Mhm.... - zaśmiał się.
- No ?
- Ej Mia, Mia,.
- Co ? Mnie to nie śmieszy. - co się z nim stało ?
- Widzę.
- Chociaż tyle.
 Upiłam łyka napoju i popatrzałam na niego. On też zwrócił spojrzenie na mnie i uniósł brwi, jakby chciał spytać : ,O co ci chodzi ?'. Gdy już kubek był pusty, odstawiłam go do zlewu i ruszyłam do przedpokoju, aby ubrać kurtkę i buty. W tym czasie wyglądnęłam przez okno. Śnieg przestał prószyć i robiło się trochę cieplej. Fajnie. Ubrana, wyszłam, nie czekając na brata. Szłam chodnikiem, tak jak zawsze. Kiedy stałam przed przejściem dla pieszych, pojawiły mi się mroczki przed oczami. Nie widziałam dokładnie, gdzie idę. Nie słyszałam, żeby ktoś za mną szedł. Postawiłam kilka kroków do przodu i moja stopa zsunęła się z chodnika, co spowodowało, że wylądowałam na drodze. Dopiero wtedy mój słuch wrócił, a jedyne, co usłyszałam to: ,Mia ! Mia !' krzyczane przez kogoś idącego za mną. Później do moich uszu doszły tylko szybkie kroki tej osoby, a przed oczami zobaczyłam ciemność. Nieprzeniknioną ciemność.

 Czy to prawda, że człowiek w śpiączce słyszy, co się dzieje wokół niego i co mówią inni przebywający przy nim ? Tak. Przynajmniej w moim przypadku tak było.
- Dzień dobry. - powiedział kobiecy głos. Można było wywnioskować z jej sposobu mówienia i tonu głosu, że jest zestresowana i zdyszana.
-Witam panią. Pani Moretz, tak? - wtedy dotarło do mnie, że to moje nazwisko. I najprawdopodobniej pani Moretz to moja mama.
- Tak bardzo chciałabym wrócić do tego momentu i otworzyć wtedy oczy. Tak samo, jak podświadomie chciałam to zrobić właśnie w tamtej chwili, ale moje ciało, mój stan zdrowia i moje oczy odmówiły mi tego.
- Tak, to ja. Mama Mii. - moje przypuszczenia się potwierdziły. - Co z nią ?
- Połamane żebra i kość strzałkowa. Stłuczenia na biodrach i rany na plecach. Dobrze, że kierowca zatrzymał się, zanim mogło stać się coś gorszego. Wyjdzie z tego. - bardzo dobrze, że osoba za kierownicą się zatrzymała. Bardzo,
- Jak długo będzie musiała tu zostać?
- Jeśli dobrze pójdzie, to wyjdzie za kilka dni. Jeśli coś przeszkodzi, wróci do domu w następnym tygodniu.
- Dobrze, dziękuję. Miała już jakieś badania ?
- Pobraliśmy krew i skontrolowaliśmy jej stan. Jest stabilny. Wyniki badania krwi będą za około godzinę.
- Mogłaby mnie pani poinformować o tych wynikach ?
- Tak. Będzie pani czekać na nie tutaj ?
- Niestety nie mogę, muszę wracać do pracy, Mogłaby pani zadzwonić do mnie. Dam pani katkę z numerem. - chwilę żadna z nich się nie odzywała, ale można było usłyszeć ciche odgłosy długopisu. - Proszę.
- Dziękuję. Zadzwonię jak tylko je dostaniemy. Jakby coś się działo, to też będę telefonować.
- To ja dziękuję. Do widzenia.
- Do widzenia.
 Potem dosłyszałam tylko dźwięk zamykanych drzwi i pikanie urządzeń wokół mnie. Pielęgniarka siedziała na krzesełku w sali jeszcze pięć minut i wyszła, zostawiając mnie samą.
 Tamten dzień miał przynieść uśmiechy. Miałam się niczym nie martwić. I co z tego wyszło? Leżałam w szpitalu. W śpiączce. Nikt nie wiedział, kiedy się wybudzę. Nawet ja.
 Nagle do pokoju wbiegł ktoś. Zamknął cicho drzwi i podszedł do mnie. Usiadł na miejscu obok, oddychając ciężko.
- Hej Mia. To ja, Calum. Twój brat. Biegłem tak szybko, jak mogłem. Spotkałem mamę wychodzącą ze szpitala. Powiedziała mi wszystko, czego się dowiedziała. Opowiedziałem jej to, co się stało. Teraz Twoja kolej na poznanie historii tego wypadku. Szłaś przede mną około 10 metrów. Widziałem Cię przez całą drogę. Gdy się zatrzymałaś i szłaś w stronę drogi, zacząłem szybciej iść. W momencie, gdy miałaś stawiać nogę na asfalcie, przewróciłaś się i upadłaś. Zacząłem biec. Leciałem co sił w nogach, aby dotrzeć do Ciebie, zanim będzie za późno i wciągnąć Cię z powrotem na chodnik. Po drodze minął mnie samochód, którego kierowca rozmawiał przez telefon. Próbowałem biec szybciej, ale nie mogłem. Wiedziałem, co się może stać. Krzyknąłem Twoje imię dwa razy, będąc kilka kroków od Ciebie. W tym samym momencie auto zasłoniło mi Ciebie i nie mogłem zauważyć, co się dzieje. Dopiero, gdy pojazd się zatrzymał, a mężczyzna wysiadł z niego, mogłem zobaczyć, co się stało. Bez zastanowienia wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem po pogotowie patrząc w stronę szkoły. Na podwórku stało kilka osób, które kilka razy popatrzyły się w moją stronę. Karetka przyjechała po minucie, a ratownicy wciągnęli Cię na noszach do środka, uprzednio pytając mnie, czy Cię znam, Odpowiedziałem im, że jesteś moją siostrą, a oni kazali mi wsiąść do ich pojazdu. Chwilę później byliśmy już tutaj. Lekarze nie pozwolili mi być z Tobą w czasie badań, więc wróciłem do szkoły. Cały dzień siedziałem smutny, ciągle myśląc, co się z Tobą dzieje. Nauczyciele widząc,że coś się stało, nie pytali mnie. Wygadałem się Luke'owi i Nashowi o tym wypadku. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. Musiałem. Gdy skończyłem im opowiadać, po moim policzku spłynęła pojedyncza łza, którą szybko starłem. Chłopcy zaczęli mnie pocieszać. Pomyślałem, że Jack i Hayes chcieliby o tym wiedzieć, więc poprosiłem Nasha, by im to przekazał. Jak się potem okazało, Jack się rozchorował i nie przyszedł do szkoły. Hayes się zasmucił, jak się dowiedział o wszystkim. Grierowie zdecydowali, że któryś z nich lub oboje przyjdą dziś Cię odwiedzić około piątej po południu. Teraz jest wpół do czwartej. Ja zaraz po skończonych lekcjach przybiegłem tu do Ciebie. Biegłem tak szybko, jak mogłem... To wszystko przeze mnie.. Przez to, że dałem Ci wyjść samej z domu i nie poszedłem szybko za Tobą.. Mia, obudź się.. Proszę.. - w tym momencie na moją dłoń spłynęła łza Cala. To sprawiło, że lekko nią poruszyłam, dając bratu znak życia. Chciałam, żeby uznał to też za odpowiedź na jego historię i znak, że ją słyszałam. Żadna inna część mojego ciała nie poruszyła się. - Mią ? Żyjesz ! - ucieszył się. - Słyszałaś to, co powiedziałem ? - moja głowa opadła w dół. - Słyszałaś...
 W tym momencie do sali weszła pielęgniarka, z którą wcześniej rozmawiała mama.
- Dzień dobry. Ty jesteś bratem panny Moretz?
- Dzień dobry. Tak.
- Są już wyniki badania krwi.
- I jak ?
- Wszystko dobrze. Mógłbyś poinformować o tym mamę ? Prosiła o to.
- Dobrze.
- I proszę, wyjdź na tę chwilę na korytarz. - chłopak prawdopodobnie kiwnął głową na tak. - Czy  pacjentka poruszała na przykład ręką w tym czasie, kiedy tu byłeś ?
- Tak, ruszyła dłonią i jej głowa opadła w dół.
- Nic poza tym?
- Nic. Pójdę już zadzwonić. - po tych słowach wyszedł z pomieszczenia. Pani Davies sprawdziła mój stan i napisała coś. Po dwóch minutach wrócił Calum i oznajmił, że mama się bardzo ucieszyła, że wszystko dobrze i prosiła, aby ten wrócił do domu. Chłopak pożegnał się z nami i poszedł. Za chwilę to samo zrobiła pielęgniarka.
 Godzinę później usłyszałam, jak ktoś wchodzi do sali. Była to jedna osoba. Powoli zamknęła drzwi i podeszłą do mnie. Usiadła na krzesełku i chwyciła moją dłoń.
- H.. Hej Mia.. To N.. Nash. - wyłapałam cichy głos z poza pikania. - Jak się czujesz ? Pewnie nie za dobrze.. Po co pytam, jak i tak mi nie odpowiesz.. - w tym momencie mocniej zacisnęłam powieki na oczach, które po raz pierwszy od wypadku się poruszyły. - Czyli tak ? - powtórzyłam gest. - Tak.
Mia. W szkole dowiedziałem się od Caluma, że leżysz w szpitalu. Bez dłuższego zastanawiania się zdecydowaliśmy razem z Hasem, że odwiedzimy Cię we dwójkę. Niestety mój brat nie mógł przyjść. Obowiązki domowe i cała reszta.. Wiesz... Kazał mi przekazać. że Cię polubił. Ma nadzieję, że zostaniecie przyjaciółmi. Co do dzisiejszego dnia, to muszę coś ci opowiedzieć. Chciałem iść z Tobą do szkoły. Wypatrywałem Cię od samego rana. Miałem zamiar wyjść z domu około wpół do ósmej i podejść po Ciebie. Jednak zostałem zatrzymany przez Hayesa, który miał iść ze mną i moje plany nie weszły w życie. Będąc już kilkadziesiąt metrów od domu, zauważyłem Cala biegnącego w stronę samochodu, który się zatrzymał. Gdy byliśmy kilka kroków bliżej, podjechała w tamto miejsc karetka i po chwili ratownicy wciągali kogoś na noszach do pojazdu, a Cal wsiadał do niego. Tak szybko jak przyjechała, tak odjechała na sygnale. Zastanawiało mnie, co chłopak tam robił. Dopiero na długiej przerwie dowiedziałem się o wszystkim i opowiedziałem Twojemu bratu to, co Tobie teraz. On tylko mruknął coś w stylu : ,Gdyby nie Hayes.. Ale nie obwiniajmy go. To moja wina. Tylko moja.'. Opowiedział nam wszystko, co się zdarzyło dzisiejszego poranka. - w tym momencie przerwał. Nie mówił nic jeszcze przez chwilę, ale w końcu się odezwał. - Mia, obudź się, proszę. Polubiłem Cię. Nie jestem pewny, co do wczorajszej sytuacji na polanie, dokładnie co do tego momentu, kiedy rozmawialiśmy siedząc na ławce.. '-Wtedy zdobyłam przyjaciela, Jacka. - powiedziałaś. - Teraz też. - odpowiedziałem ci.'... Chciałem Ci zaproponować bycie przyjaciółmi.. Nie wyszło, więc spytam teraz.. Zostaniesz moją przyjaciółką? - moja głowa już drugi raz dzisiaj opadła w dół na tak. - Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę.. - przerwał na minutę i kontynuował ze smutkiem - Mia, obudź się, proszę. Proszę.
 Odkąd wszedł do pomieszczenia, w którym byliśmy, trzymał moją lewą dłoń, aż do tamtej chwili, w której jego łza spłynęła na moją rękę. Moje powieki lekko się poruszyły i w ślimaczym tempie podnosiły się, co sprawiło, że do moich oczu dostało się światło. Natychmiast je zamknęłam, a gdy moje oczy przyzwyczaiły się do oświetlonego pomieszczenia, otworzyłam je. Zobaczyłam Nasha siedzącego nade mną. Uśmiechnęłam się do niego i gdy próbowałam usiąść, poczułam straszny ból w klatce piersiowej i opadłam z powrotem na łóżko, sycząc z bólu. Usłyszała to pielęgniarka dyżurna na korytarzu i od razu weszła do sali. Widząc, że się obudziłam, poinformowała mojego lekarza o tym przez krótkofalówkę. Wyszła na korytarz, zamykając drzwi. W tamtej chwili brunet siedzący obok mnie pochylił się i pocałował mnie w policzek, gładząc moje włosy. Ale ból nadal nie ustępował. Gdy zjawił się pan Foy, oznajmił, że musi zabrać mnie do innego pomieszczenia na badania, w czasie których nikt inny nie może przebywać ze mną. Poprosił go też, aby ,zadzwonił do moich rodziców i powiedział, że pacjentka się wybudziła i robione są jej badania oraz, że mogą przyjść za około półtorej godziny odwiedzić dziewczynę'. Po dwóch minutach zostałam wywieziona przez pielęgniarki, w tym panią Davies, do sali badań. Za nami poruszał się doktor. Po kontroli powiedziano mi, a dokładniej przypomniano, co sobie zrobiłam. Dowiedziałam się też, że jeszcze tego dnia będę mieć operację. Dokładniej operację połamanych żeber i kości nogi. Zostałam odwieziona do pokoju o godzinie 18:30. Czekali w nim moi rodzice i brat. Mama widząc mnie, jako pierwsza podeszła do szpitalnego łóżka i usiadła na krzesełku obok. Chwyciła na chwilę moją dłoń pytając, jak się czuję. Dostała tylko cichą odpowiedź: 'Źle. Ból w klatce piersiowej nie ustaje.' Potem otrzymałam od niej buziaka w czoło, jak i od taty. Cal cały czas uśmiechał się w moją stronę, na co czasem odpowiadałam lekkim uniesieniem kącików ust w górę. Rodzice zgodzili się na wykonanie operacji, która odbyła się o 20:00. Zostałam przewieziona na salę operacyjną kilka minut wcześniej. O ustalonej godzinie uśpiono mnie i rozpoczęto zabieg.

 Obudziłam się w swojej sali. Nie było w niej nikogo, oprócz mnie. Radio stojące na szafce pod oknem było włączone. Dochodziły z niego nuty jakiejś spokojnej melodii, do której nikt nie śpiewał. Poza tym słyszałam odgłosy maszyn stojących w pomieszczeniu. Leżałam przez dłuższy czas w ciszy na łóżku. Po tych kilkudziesięciu minutach moje powieki opadły, sprawiając, że do moich oczu nie dochodziło światło, ani nie widziałam niczego, prócz wielkiej, ciemnej plamy, która powoli się powiększała i stawała się coraz to bardziej ciemniejsza. Niedługo potem stała się ogromna i czarniejsza niż cokolwiek, co człowiek jest w stanie sobie wyobrazić. Ostatni dźwięk, jaki dotarł do moich uszu, to ciągłe, nieustające, głośne pikanie respiratora.

----- 
Hi !
Nie znam się za bardzo na operacjach i ogólne kościach, wypadkach itp, więc jak coś jest nie tak to przepraszam.. :)
Aż sama jestem pod wrażeniem, że już 10 !! Nie myślałam, że aż tak daleko to ff zajdzie.. Po prostu dziękuję wszystkim za wszystko <3

11 :
''Byłam na polanie, całkiem sama. Wokół mnie, oddalony o kilkadziesiąt metrów od środka polany, rozciągał się wielki las. Rozglądałam się przez chwilę, ale nie zauważyłam nic szczególnego. Wstałam. Podeszłam kilka kroków bliżej drzew. Dopiero wtedy zauważyłam, że coś się wśród nich porusza.''

Love,
Bye ! x







wtorek, 18 sierpnia 2015

Ordinary Life. 9. ,,And then, all have begun''.


     Poniedziałek, 7.01.

 Rano zbudził mnie budzik. Była 6:40. Po pięciu minutach zwlekłam się z łóżka. Doczłapałam ledwo do szafy, aby wyciągnąć z niej ubrania uprzednio przeglądając się w lustrze. Wyglądałam jak każdy normalny człowiek rano wygląda : rozczochrane włosy, zaspane oczy. Otworzyłam drzwiczki i podniosłam z półki ubrania. Skierowałam się do łazienki w celu przygotowania się do wyjścia do szkoły. Ubrana i odświeżona weszłam do swojego pokoju tylko po plecak i zeszłam do kuchni. Siedział tam już Cal i jadł kanapki. Przywitałam się i podeszłam do blatu, na którym była miska i płatki w pudełku oraz butelka mleka. Przygotowałam sobie śniadanie i usiadłam obok brata.
- Jak się spało ? - spytał.
- Dobrze, a Tobie? - odpowiedziałam.
- W miarę ok... Mam pytanie...
- Pytaj..
- Czy... gdy zasypiałaś... wydarzyło się coś dziwnego?
- Hhm...
- Usłyszałaś jakiś głos mówiący w Twojej głowie...? Dziwne pytanie, wiem...
- Tak... powiedział, że dziś się wszystko zacznie.. Jakoś tak...
- Dobrze powiedział. I wiedz, że to prawda. Przygotuj się.
- Ale... Jak ? Na co ? Calum !
- To nie będzie trudne. I nie będziesz musiała nic robić. Po prostu chcę, żebyś wiedziała. A teraz już chodźmy, bo się spóźnimy. Mamy 10 minut.
- Ale...
- Chodźmy.
- Ok..
 Nie ukrywając zdziwienia i lekkiego niepokoju odłożyłam naczynia do zmywarki i poszłam w stronę wyjścia z domu. Oboje założyliśmy kurtki i buty i opuściliśmy budynek. Szliśmy w milczeniu. Mogłabym dopytywać się całego świata o to, co ma się dziś wydarzyć. Obsypywać każdego, a w szczególności chłopaka idącego obok mnie, pytaniami o każdą rzecz związaną z dzisiejszym dniem i tą wielką zmianą. Ledwo się powstrzymywałam. Miałam świadomość, że nie usłyszę tego, co bym chciała. Po siedmiu minutach byliśmy przy drzwiach prowadzących na korytarz szkoły, gdzie mieliśmy spędzić dziś pół dnia. Wchodząc, poczułam na sobie spojrzenie kilku osób. Próbowałam olać to. Może i mi się udało ? Chyba od tego zaczęła się ta cała zmiana... Miejmy nadzieję, że wyjdzie mi ona na dobre.. I wszystkim innym. Podeszłam pod klasę minutę przed dzwonkiem. Oparłam się o ścianę przy drzwiach i spojrzałam przed siebie. Wiedziałam, że Cal ma lekcję w pomieszczeniu na lewo od tego, w którym mam ja. Skierowałam swój wzrok na niego, a on się do mnie uśmiechnął. Usłyszałam ciche śmiechy dwóch dziewczyn stojących kilka kroków za mną. Czyżby mój braciszek miał adoratorki ? - pomyślałam i również wysłałam mu uśmiech i wskazałam ręką na ławkę stojącą pod ścianą. Chłopak kiwnął głową na tak. To był taki nasz znak porozumiewawczy znaczący, że po lekcji spotykamy się we wskazanym przez któregoś z nas miejscu. W momencie, gdy rozbrzmiał dzwonek, mój wzrok zatrzymał się na osobie zbliżającej się do Caluma. Jego twarz była mi znajoma. W pierwszym momencie nie poznałam, kto to był, ale później już wiedziałam, Nash. Byłam pewna co do tego, że to właśnie on. Czyli będzie chodził do tej szkoły i z Calem do klasy. Fajnie. Moje myśli przerwał nauczyciel zbliżający się w naszą stronę. Po chwili wszyscy siedzieliśmy już na swoich miejscach. Tylko jeden chłopak stał na środku klasy. Przyglądałam się mu i stwierdziłam, że jest podobny do Nasha. Albo jeden ogromny zbieg okoliczności, albo to jego brat.
- Dzień dobry wszystkim. Chciałbym Wam przedstawić nowego ucznia. Od dziś będzie się tu uczył. Razem z resztą nauczycieli zdecydowaliśmy przyłączyć go do tej klasy. Przedstaw się, proszę. - powiedział matematyk.
- Cześć. Jestem Hayes Grier. Mam 15 lat, rodzice wysłali mnie rok wcześniej do szkoły. Mam brata starszego o dwa lata. Pochodzę z Kalifornii. Stamtąd przyjechałem tutaj. - uśmiechnął się.
- Przyjmijcie go mile. Usiądź w ławce pod oknem.
 Ławka pod oknem. Ławka, w której siedzę. Jedyne wolne miejsce jest własnie tutaj. Czyli dzisiaj kończą się te dobre czasy siedzenia samej w ławce. Mam tylko nadzieję, że chłopak nie jest taki, jak inni. Że ta nasza 'znajomość' nie skończy się dla mnie źle. 
- Cześć. - wysłał mi lekki uśmiech patrząc na mnie.
- Cześć. - wysiliłam się na ten sam gest.
- Ty jesteś Mia, tak?
- Skąd wiesz ?
- Nash...
- Jest Twoim bratem ?
- Tak...
- Jesteście podobni do siebie.
- Ykhym. - zwrócił nam uwagę pan Jones.
- Przepraszamy. - odpowiedzieliśmy.
 Lekcja minęła mi zwyczajnie. Nie licząc nowego sąsiada z ławki. W czasie rozmowy z młodym Grierem zauważyłam, że Jack nie przyszedł do szkoły. Stwierdziłam, że może jest chory.
 Po dzwonku na przerwę skierowałam się na ławkę naprzeciw sali. Niedługo potem zjawił się mój brat. Opowiedziałam mu o Hayesie. Dowiedziałam się też, że do klasy, w której był Calum, dołączył Nash. Od razu skumplowali się. Luke, który potem się do nas dosiadł, też go polubił. Podobno mieszkają u Clarków. Są rodziną.
 Siedzieliśmy razem całą przerwę, po której udaliśmy się do klas. Tym razem były one daleko od siebie. Nowy znowu usiadł obok mnie. Będzie fajnie. Hayes to miły chłopak. Jak na razie. Ale nie wygląda na to, żeby taki nie był. 
 Angielski z panią Collins minął mi przyjemnie. Zadała nam pracę polegającą na napisaniu odpowiedzi na kilka prostych pytań, odpowiadając na nie jakimś określonym zdaniem. Wyszłam z klasy zadowolona, że jeszcze tylko muszę wytrzymać w-f i chemię, a potem z górki 2 lekcje : informatyka i plastyka. Lepszego planu lekcji na poniedziałek mieć nie mogłam. I tym razem to nie był sarkazm.
 Na wychowaniu fizycznym graliśmy w siatkówkę, którą lubię najbardziej ze wszystkich sportów. Nawet rozgrzewka nie była długa. Dzisiejszy dzień jest naprawdę inny. Zaskakuje mnie to, że jeszcze żadnej przerwy nie przesiedziałam zamknięta w łazience. Po skończonej lekcji ruszyłam do szatni. Wzięłam ubrania z plecaka i weszłam do pomieszczenia z prysznicami. Każdy z nich był w osobnym, mniejszym pomieszczeniu, zamykanym na klucz. Po odświeżeniu się i ubraniu, wróciłam do szatni, z której wzięłam plecak, pakując wcześniej koszulkę i legginsy. Wyszłam z pomieszczenia i udałam się w kierunku sali chemicznej. Przechodząc obok stołówki, zauważyłam stojącego tam Nasha z bratem. 15-latek zauważył mnie i kąciki jego ust uniosły się do góry, jak i moje. Odeszłam kilka metrów dalej, przystając przy wejściu do sali 37. Rozglądałam się, czy nie ma gdzieś Caluma w pobliżu. Niestety, nie znalazłam go. Ale zauważyłam zbliżających się w moją stronę dwóch chłopaków z 3 liceum. Ręce zaczęły mi się trząść. Powoli robiło mi się słabo na sam ich widok. Nawet jeśli byli oddaleni ode mnie o kilometry. Moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa i stopy przywarły do podłogi. Bałam się, co wymyślą tym razem. Wepchną mnie do schowka sprzątaczek ? Do klasy, którą jeden z nauczycieli zostawił otwartą ? Do łazienki ? Szarpnęłam za klamkę drzwi obok mnie. Były zamknięte. Już wiem, gdzie nie ucieknę i gdzie mnie nie zostawią. Po mojej lewej stronie, oddalone o jeden krok, były drzwi do pokoju socjalnego. Wyciągnęłam rękę w stronę klamki, która naciśnięta, nie otwarła wejścia. Uff.. Spojrzałam w miejsce, gdzie stali Grierowie. Młodszy z nich gdzieś zniknął. Szkoda. 3-cio klasiści byli już dwa kroki ode mnie, a moje nogi nadal nie miały zamiaru sie poruszyć. Po sekundzie jeden z nich stał tuż przede mną, a drugi i trzeci za nim. Jack, gdzie jesteś, gdy Cię potrzebuję... Ten pierwszy, Evan, przekrzywił głowę w lewo. Zaczął mówić.
- Cześć.. Mia. - uśmiechnął się ze złością, co powtórzyli pozostali dwaj. - Co tym razem od Ciebie chcemy? - spuściłam głowę.
- Peter, teraz. - szepnął.
 Nagle na ekranach w każdym korytarzu wyświetliło się zdjęcie. Zdjęcie, na którym byłam ja i Jack, siedzący na ławce na polanie. Ktoś nas śledził ? Przecież droga to tego miejsca jest teraz, w zimie, praktycznie nie widoczna. Chyba, że ktoś oprócz mnie zna tą ścieżkę. Kątem oka spoglądałam na mini-telewizor. Następne pojawiło się po kilku sekundach. Tym razem zrobione było przez szybę kawiarni, w której byliśmy w poprzednią środę. Ktoś nas śledził. To pewne. Przyglądnęłam się bardziej Clarkowi na tamtej fotografii. Zauważyłam, że patrzył w stronę 'fotografa'. Ten drugi, przestraszony, że blondyn go zauważył, zapewne uciekł od razu po zrobieniu fotki.
- A kto to jest ? Wiecie ? - powiedział ktoś przez radiowęzeł. Ktoś, czyli Peter. Jeden z najlepszych kumpli Evana, którzy nabijali się ze mnie, gdy tylko była okazja. I akurat trafiło na dzisiejszy dzień, w którym  miało się wszystko zmienić.. Jak na razie nie zmieniło się dużo poza tym, co wydarzyło się przez pierwsze 3 lekcje. 
- Tak, to Jack Clark. I Mia Moretz. Zapewne każdy z Was zna ich oboje, więc nie będę więcej o nich mówił.
Nagle jak na zawołanie wszystkie pary oczu w zasięgu mojego wzroku wpatrywały się we mnie. Bezbronną mnie. Chciałam uciec, ale gdy zrobiłam dwa kroki, ktoś pociągnął mnie od tyłu za rękaw i przycisnął do ściany. King. Tak jak podejrzewałam. 
-Pewnie jesteście ciekawi czy jego nazwisko miało wpływ na pozycję w szkole ? 
*siedzący przytakują ruchami głów*
- Tak, ale nie tylko to. Wpływ miało też to, że jego rodzice byli bogaci i zafundowali coś szkole. Chyba wyposażenie sportowe, ale nie jestem pewna.
-No, opowiedz, co robiliście, to cię puszczę. - nie odezwałam się.
- Ok, skoro nie chcesz powiedzieć... - zamachnął się zapewne, by mnie uderzyć, a pozostała dwójka chłopaków zasłoniła kamery, aby nie mieli kłopotów w związku z tym, co zaszło i co zaplanowali.
 Evanowi się nie udało, ponieważ w ostatniej chwili ktoś złapał za jego dłoń i ją wykręcił. Potem uderzając 'króla' pięścią w twarz, krzyknął czyjeś imię, bo pomocnicy blondyna włączyli się w bitkę. Nie usłyszałam go dokładnie. Jedynie wyłapałam litery h, a i s. Has. Dopiero po jakiejś minucie doszłam do siebie. Widziałam, jak dwóch, lub nawet czterech czy pięciu chłopaków się biło. W końcu wyższy brunet uderzył swojego przeciwnika tak, że tamten się zatoczył i ledwo uniknął upadku w tył. King, White i Mitchell odeszli w swoją stronę. Zapewne do tego czwartego, który mówił przez radiowęzeł. Dopiero wtedy mogłam zauważyć kto mnie obronił, jak wyglądał mój wybawca, który jeszcze przez chwilę stał do mnie tyłem i oddychał ciężko, jak i jego pomocnik. Potem oboje odwrócili się i mogłam zobaczyć ich twarze. Przez chwilę miałam mroczki przed oczami, ale kiedy zniknęły, zobaczyłam pochylającego się nade mną Nasha. Za nim przykucnął Hayes.
- Mia, wszystko dobrze? Mia.. Żyjesz ? Odpowiedz, proszę... - chwycił moją twarz w dłonie i lekko nią  poruszał, wpatrując się cały czas w mojej oczy.
- Żyję. I dziękuję bardzo za uratowanie mnie. - uśmiechnęłam się szczerze, na co odpowiedział mi tym samym niebieskooki nade mną, podnoszący mnie z ziemi. Chwilę staliśmy naprzeciw siebie wpatrując się sobie w oczy. Później mocno przytuliłam Nasha i wyszeptałam mu do ucha 'Dziękuję', a po moich policzkach spłynęło kilka łez. Chłopak, jako odpowiedź, przytulił mnie jeszcze mocniej. Trwaliśmy w takiej pozycji dopóki ktoś nie zwrócił na siebie naszej uwagi.
- Ykhymmm.... Ja też istnieje na tym świecie. - Hayes nam przeszkodził i podszedł do mnie. Objął mnie mocno i pokołysał chwilę. Na moją twarz wkradł się uśmiech. Gdy już oddaliliśmy się od siebie, spojrzałam na nich..
- Dziękuję Wam, bardzo. Wolę nie myśleć, co by było, gdybyście się nie zjawili.. Dziękuję bardzo. Jak mam się odwdzięczyć ? - po moim policzku spłynęły dwie łzy. Wzruszenia i radości. Czy to właśnie to wydarzenie miało zmienić wszystko ? To, że Evan z kolegami naskoczyli na mnie, a Grierowie mnie uratowali ? 
- Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że odpowiedź na te pytania była taka prosta.. Jeszce raz Ci dziękuję. 
*patrzy na sąsiada i uśmiecha się do niego, obdarzając całusem*
- Nie musisz się odwdzięczać. - powiedział 17- latek.
- Muszę. Można powiedzieć, że uratowaliście mi życie. - przez chwilę nic nie mówili, ale starszy z nich jednak kontynuował rozmowę.
- Jak nalegasz, to przejdźmy się na spacer po lekcjach. Ile masz jeszcze ?
- Chemię, informatykę i plastykę.
- Ok, to po 7 lekcji na ławce przed szkołą.
- Ok.
 Nawet nie zauważyłam, kiedy wszyscy uczniowie ulotnili się z korytarza, zostawiając nas samych we trójkę. Zaraz po zakończeniu naszej rozmowy zadzwonił dzwonek szkolny informujący o tym, że następne 45 minut nauki się rozpoczyna. Przytuliłam jeszcze raz starszego ode mnie niebieskookiego, który po tym odszedł w stronę sali matematycznej. Potem objęłam młodszego i ustawiliśmy się oboje przy drzwiach. Niedługo potem przyszła reszta naszej klasy i nauczycielka. Wpuściła nas do środka, a my zajęliśmy miejsca. Usiadłam z Hasem w ławce pod oknem. Postanowiliśmy, że będziemy na każdej lekcji siedzieć razem. Chemia minęła mi szybko, jak i pozostałe lekcje i przerwy, które spędzałam z Grierami, Calumem i Lukiem. Po skończonych zajęciach powiedziałam bratu, że idę z Nashem na spacer i oddałam mu mój plecak. Czekałam na bruneta około minuty. W końcu gdy się zjawił, usiadł obok mnie, całując mnie w policzek. Zarumieniłam się lekko, co pewnie zauważył, bo mnie przytulił i stwierdził, że słodko wyglądam, gdy się rumienie. Przez to moja twarz stałą się prawie cała czerwona, a on tylko przyciągnął mnie do siebie i objął ramieniem.
- Idziemy ? - spytał.
- Ok.
 Szliśmy w ciszy przez chwilę. Zdecydowałam się ją przezwać.
- Nash.. Mam pytanie...
- Wal. - zaśmiał się, ja też.
- Dlaczego tu przyjechaliście ?
- Nasi rodzice musieli wyjechać, a dokładnej wylecieć z pracy na delegacje na pół roku. Wysłali nas tutaj, do ciotki. Will, mój starszy brat, został w Kalifornii, bo tam studiuje. Mam jeszcze młodszą siostrę, która też tu z nami przyleciała. A ty? Mieszkasz tu od urodzenia ?
- Tak, urodziłam się tu.
- Więc pewnie znasz dużo ciekawych miejsc w tym miasteczku.
- Nawet nie, ale mam takie, gdzie czasem przychodzę pomyśleć, odprężyć się. Możemy tam iść jak chcesz.
- Ok, prowadź.
 Następna osoba pozna tą polanę, dowie się o jej istnieniu. Fajnie. Dotarliśmy tam po pięciu minutach. Usiedliśmy na ławce. W mojej głowie pojawiły się wspomnienia związane z tym miejscem. Mimowolnie po moim policzku spłynęła samotna łza.
- Mia, co się dzieje ? - spytał mój towarzysz.
- Wspomnienia... Widziałeś te zdjęcia, które wyświetlili dziś na ekranach w szkole ?
- Spróbuj o tym zapomnieć. Nie chce, żebyś się smuciła, czy coś...
- To nie tak.. Ten dzień był wspaniały. Wtedy zdobyłam przyjaciela, Jacka.
- Teraz też. - uśmiechnął się.
- Hey.. Przecież ktoś musiał zrobić to zdjęcie. Teraz też może tu być.. - kończąc mówić drugie zdanie, odwróciłam się w stronę, z której przyszliśmy.
 Zauważyłam światło lampy aparatu i od razu powiedziałam o tym Nashowi. Natychmiast wstaliśmy z ławki i pobiegliśmy w stronę uciekiniera. Gdy już wybiegaliśmy z parku, zatrzymałam się i oparłam dłonie na kolanach. Musiałam wsiąść głęboki oddech. Z polany do głównej drogi nie było blisko. Chłopak widząc, że przystanęłam, zawrócił w moją stronę i bez pytania wziął na ręce jak pannę młodą, a ja oparłam swoje dłonie na jego szyi. Pokręciłam głową i zaśmiałam się będąc już u niego na rękach. Niebieskooki nadal biegł za 'paparazzo',  który był kilka metrów od nas. Nieznajomy zniknął za zakrętem na skrzyżowaniu, a my nie zauważyliśmy, w którą stronę uciekł. Miejmy nadzieję, że nie udało mu się zrobić nam zdjęcia. Staliśmy chwilę. Ja nadal wisiałam w powietrzu przytrzymywana przez ręce Griera, gdy zaczął padać deszcz. On, nadal nie spuszczając mnie na ziemię, zaczął biec przed siebie. Minęło kilka sekund zanim dotarliśmy do skrzyżowania. Na nasze nieszczęście, zapaliło się czerwone światło dla pieszych. Chłopak postanowił nie czekać, tylko skręcił w lewo. Schowaliśmy się pod dachem przystanku autobusowego, na którym nikogo nie było. Brunet nadal nie stawiał mnie na nogi. Zaśmiałam się cicho, co widocznie usłyszał, bo po chwili śmialiśmy się razem.
- Nash, spuść mnie już na ziemię.
- A muszę ? - spytał ze smutkiem, ale mnie to nie złamało.
- Tak.
 Chłopak ustawił mnie z powrotem na nogach tak, że staliśmy naprzeciw siebie. Moje ręce nadal otaczały jego szyję. Wpatrywaliśmy się sobie w oczy. Niebieskooki przysunął mnie bliżej siebie i oparł swoje czoło o moje. Poczułam jego ręce na moich biodrach. Nasze nosy ledwo się stykały. Wysłałam mu uśmiech, a on mi. Zamknęłam oczy i w tym samym momencie podjechał transport. Kąciki naszych ust ponownie sie uniosły. Przytuliłam Nasha i weszliśmy do autobusu, wcześniej płacąc kierowcy i usiedliśmy razem na siedzeniach obok siebie. Oparłam głowę na ramieniu chłopaka, a on złączył nasze dłonie. Uśmiechnęłam się pod nosem na ten gest, podobał mi się. Gdy autokar podjechał na przystanek w pobliżu mojego domu, pocałowałam towarzysza w policzek i przytuliłam, szepcząc ,Dziękuję' . Żegnając się z  kierowcą, pomachałam 17- latkowi na pożegnanie i wysiadłam. Ruszyłam szybko w stronę domu i chciałam wyciągać klucze z plecaka, ale przypomniałam sobie, że dałam go bratu. Zadzwoniłam więc do domu i skryłam się pod dachem. Po chwili Calum otworzył mi drzwi i spytał jak było. Odpowiedziałam wymijająco, ściągając buty i wieszając płaszcz. Weszłam do kuchni, pytając Cala, co jest na obiad. Odpowiedział, żebym odgrzała sobie spaghetti, które jest w lodówce. Chłopak poszedł do swojego pokoju, co ja również zrobiłam po zjedzeniu posiłku. Odrobiłam zadania domowe i padłam na łóżko. Rodzice wrócili z pracy razem o 18:00. Półtorej godziny później zjedliśmy wspólnie kolację. Około 21:00 do mojego pokoju zapukał mój brat.
- I jak Mia, myślisz, że te słowa, to prawda ?
- Z jednej strony nawet tak, ale z drugiej nie wiem.
- Myślę, że jutro nie będziesz już się wahać. A jak nie jutro, to za kilka dni. Dobranoc siostro. Nie martw się niczym. Śpij dobrze. Pa.
- Dobranoc... Słodkich snów, Cal. Pa.
 Brązowooki wyszedł, zostawiając mnie samą z wieloma pytaniami, które nie przestawały przewijać się przez moje myśli. Poszłam pod prysznic. Stwierdziłam, że to mi może pomoże. Ale niestety nie pomogło. Ubrana już w piżamę, opadłam na łóżko. Długo nie mogłam zasnąć. W końcu moje powieki zaczęły opadać. Gdy już odpływałam, w mojej głowie, znowu, tak samo jak poprzedniego dnia, mogłam usłyszeć głos. Albo mi się zdawało, albo znałam ten głos. Tym razem powiedział : , Jutro przyniesie kolejne uśmiechy i nie tylko. Nie martw się niczym.'.

-----
Hiii ! Tak długo oczekiwany rozdział.. Wreszcie Nash ! Mówiłam, że na pewno będzie w 9 ? I jest :D
Pochyła czcionka oznacza myśli Mii w opisywanym momencie.
Nowi bohaterowie !
Przeczytajcie info po prawej ----> WAŻNE JEST.
Team Jack vs. Team Nash ? x

+ mały spoilereq 10 :3
'- Co Cię tak bawi ? - spytałam.
- Mhm.... - zaśmiał się.
- No ?
- Ej Mia, Mia,.
- Co ? Mnie to nie śmieszy. - co się z nim stało ?
- Widzę.
- Chociaż tyle.'

Love,
Bye ! x

niedziela, 2 sierpnia 2015

Ordinary Life. 8.


     Wtorek, 1.01

  Po Sylwestrze byłam strasznie śpiąca. To jest powód mojego wygrzebania się spod pościeli dopiero na obiad. Zaraz po przebudzeniu się, spojrzałam na zegar wiszący na ścianie naprzeciw łóżka. Dochodziła 13:30. Zwykle w dni wolne wstaje około 9:00. Zrobił się ze mnie ranny ptaszek.
 Wstałam i poczłapałam do szafy. Wyciągnęłam z niej zwykłą koszulkę i legginsy, po czym udałam się do łazienki. Po porannej toalecie i ubraniu się zeszłam na dół po schodach do salonu, gdzie siedział już Calum i Jai. Oglądali jakiś film akcji. Przysiadłam się do nich i przywitałam. Przy okazji dowiedziałam się, że Sivanowie wyjeżdżają o 15:00. Potem poszłam do kuchni, gdzie zastałam mamę i ciocię. Robiły obiad. Z nimi również się przywitałam i skierowałam do swojego pokoju na górę. Opadłam na łóżko i położyłam głowę na poduszkach. Chwyciłam telefon i podłączyłam do niego słuchawki. Włączyłam pierwszą piosenkę, którą była The Hearts Want What I Wants, Seleny Gomez. Odprężyłam się. Straciłam poczucie czasu. Dopiero, gdy usłyszałam jak ktoś woła mnie na obiad, wróciłam do rzeczywistości i zwlekłam się z łóżka, żeby po chwili już siedzieć przy stole w jadalni i jeść kurczaka. Po obiedzie ciocia i Jai poszli się pakować i wyjechali. Pożegnałam się z nimi i wróciłam do swojego pokoju. Resztę dnia spędziłam na czytaniu książki i słuchaniu muzyki. Wieczorem oglądałam z bratem film. Nie pamiętam jaki. Po umyciu się włożyłam piżamę i od razu zasnęłam.

     Środa, 2.01.

 Wstałam o 9:00. Norma. Leżałam jeszcze trochę w łóżku, aż usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości. Wzięłam telefon i leniwie odblokowałam ekran. Aż podskoczyłam jak zobaczyłam od kogo dostałam sms'a. Był od Jacka. Otworzyłam wiadomość.

Jack: Hej. Nie zbudziłem Cię ?
Ja: Hej. Nie zbudziłeś.
Jack. To dobrze. :) Co tam?
Ja: Nudzę się.. A tam? :)
Jack: Jem śniadanie. Nash ciągle patrzy co pisze. Denerwuje mnie to.

  Nash ? A tak, jak mogłam zapomnieć. Kuzyn Clarka. Przyszedł z nim oddać mi kartkę z życzeniem. I tak słodko się jąkał.. Mia, ogarnij się - pomyślałam. Coś ze mną nie tak ? Chyba pójdę zjeść śniadanie.. Porządne,

 Ja : Smacznego. Idę coś zjeść. Do napisania :)
 Jack : Dziękuję i nawzajem. Do napisania.

  Rzuciłam urządzenie na łóżko i w piżamie ruszyłam na dół. Ledwo zrobiłam jeden krok w stronę drzwi od pokoju, a już zakręciło mi się w głowie. Mam tak często po wstaniu. Nawet z krzesła w szkole. Oparłam się o ścianę. Postałam tak minutę, aż mi przeszło. Nie wiem dlaczego tak mam.
  Po chwili byłam już w kuchni i wlewałam mleko do miski. Potem dosypałam moich ulubionych płatków - 'muszelek'. Z napełnionym naczyniem poszłam do salonu i usiadłam na fotelu. Dopiero wtedy się zorientowałam, że rodzice pojechali w odwiedziny do znajomych, a Cal poszedł do Luke'a. Czyli pół dnia chata wolna. Włączyłam pierwszy - lepszy program muzyczny i zabrałam się za jedzenie. Po skończonym posiłku włożyłam miskę do zmywarki i wróciłam na górę. Wzięłam telefon i wpięłam do niego słuchawki. Po chwili mogłam usłyszeć pierwsze nuty piosenki Birdy. Ułożyłam się wygodnie na poduszkach i wyciszyłam. Moje powieki powoli opadały, a ja nie świadoma niczego, przysnęłam. Nagle obudził mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. Zerwałam się na równe nogi i spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Mama. Odebrałam. Pytała jak się czuje i czy wszystko dobrze. Po usłyszeniu moich odpowiedzi poprosiła mnie, abym zrobiłam zakupy na kilka następnych dni, a pieniądze są na komodzie w ich sypialni. Pożegnałam się i odłożyłam telefon. Podeszłam do szafy w celu wybrania ubrań. Zdecydowałam się na te. Skierowałam się do łazienki, aby się przebrać i zrobić lekki makijaż. Na koniec związałam kucyka i wróciłam do pokoju po telefon, który włożyłam to torebki. Później poszłam do pokoju rodziców i wzięłam banknoty z mebla w rogu pomieszczenia. Zeszłam na dół po listę zakupów, którą mama zawsze przyczepiała magnesem do lodówki. Wzięłam ją ze sobą i wyszłam z kuchni, aby za chwilę zakładać buty i zamykać główne drzwi. Stwierdziłam, że pójdę do miejscowego supermarketu. Najlepiej. Idąc, słuchałam muzyki. Jak zwykle. Pięć minut później miałam już w ręce koszyk na zakupy i wkładałam do niego potrzebne produkty. Podeszłam do kasy, a kasjerka podała mi cenę. Dałam jej banknoty i włożyłam zakupione jedzenie do reklamówki i wyszłam z marketu. Dotarcie do domu nie zajęło mi długo. Za to przed drzwiami czekał na mnie gość, dało się zauważyć go stojąc kilka metrów dalej. Nie spodziewałam się nikogo. Spokojnie podeszłam do niego i okazało się, że był to Jack. Ciekawe, co tu robił. Myślałam, że przez to, co się wydarzyło w Sylwestra przeze mnie, może mnie przestać lubić. Jeśli w ogóle mnie lubił.
-Cz...Cześć... - przywitałam się.
- Hej - odpowiedział, po czym mnie przytulił - Zakupy ? -spytał patrząc na reklamówkę w mojej ręce.
- T..Tak.. W..Wejdziesz ?
- Tak na prawdę chciałem Cię zaprosić na spacer i na kawę...
- Chętnie pójdę.. Wejdź.. Zaczekasz na mnie kilka minut ?
- Oczywiście.
 Przekręciłam klucz w drzwiach i wpuściłam Clarka do środka. Powiedziałam, żeby usiadł w salonie i, jeśli chce, pooglądał telewizję. Ściągnęłam buty i skierowałam się do kuchni, by odłożyć każdy produkt na swoje miejsce. Wychodząc, spoglądnęłam na blondyna, który odwrócił się w moją stronę. Oznajmiłam, że jeszcze chwilę i możemy wychodzić. Poszłam do łazienki w celu poprawienia makijażu i odłożyłam słuchawki do pokoju. Stwierdziłam, że nie będę się przebierać i przeglądnęłam się w lustrze. Niedługo potem byłam już w salonie i przystanęłam nad chłopakiem siedzącym na sofie. Położyłam dłoń na jego ramieniu mówiąc, że możemy iść. Po chwili już zamykałam dom i oboje szliśmy blisko siebie.
- Może pójdziemy do parku ? - zaproponował.
- Ok. - uśmiechnęłam się, co odwzajemnił i splótł nasze palce razem. Zawsze tak robił, gdy szliśmy gdzieś we dwoje. Lubiłam to. Bardzo. Nie długo zajęło nam dojście do parku. Jack prowadził. Po chwili zorientowałam się gdzie idziemy. Właśnie szliśmy ścieżką prowadzącą na polanę, o której opowiadałam chłopakowi w tego 'pamiętnego' Sylwestra i gdzie później byliśmy. Czyli pamiętał drogę ? Najwidoczniej tak... Zanim się obejrzałam, byliśmy już na miejscu. Usiedliśmy na ławce. Panowała pomiędzy nami niezręczna cisza. Żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. W końcu postanowiłam się odezwać. I powiedzieć to, co miałam zamiar. Chciałam mieć już to za sobą.
- Jack, ja.. Ja przepraszam cię za.. Za to, co się stało w poniedziałek.. Nie wiem, co się ze mną dzieje.. Ja.. Przepraszam.. Nie chciałam, żeby tak wyszło... Nie chciałam tego zepsuć.. Przepraszam... Przepraszam.. Przepraszam. - wydusiłam z siebie wreszcie te słowa. Siedziały we mnie odkąd TO się stało..W końcu zdobyłam się na odwagę. Tak. Odwagę. Jakie to piękne słowo. Niestety opisując mój charakter nie użyłbyś go, choćbyś miał nie wiadomo co zrobić.
 Po moim policzku spłynęła samotna łza po wypowiedzeniu tych słów. To było dla mnie trochę ciężkie, ale gdy już było po wszystkim, poczułam lekką ulgę. Kątem oka mogłam dostrzec jak mój towarzysz odwraca się w moją stronę wyraźnie chcąc złapać ze mną kontakt wzrokowy. Jednak nie pozwoliłam mu na to cały czas wpatrując się w czubki moich botek. Odwrócił się na kilka sekund, ale potem znowu wrócił do poprzedniej pozycji. Zaczął mówić.
- Mia. To ja powinienem Cię przeprosić. Widocznie nie byłaś gotowa... Może to było za szybko.. Za szybko. A ja głupi nie pomyślałem o tym. Mogłem wybrać inny dzień, inną godzinę. Mogło to się wydarzyć kiedykolwiek. Ale ja oczywiście przesunąłem to na wcześniej, Na za wcześnie. Przepraszam, Mia. Przepraszam.. To, co napisałaś na kartce bardzo wziąłem sobie do serca. Pomyślałem, że napisałaś co napisałaś z MOJEGO powodu. Z powodu tego, co ci wyrządzałem razem z przyjaciółmi pod koniec podstawówki, w pierwszej i drugiej klasie gimnazjum. Za to też Cie bardzo przepraszam. Na prawdę żałuję. Żałuję. Za to co zrobiłem. Mia, proszę, wybacz mi. Błagam. Teraz zmądrzałem. Dorosłem to tego, aby zrozumieć, że to, co dawało mi przyjemność i okazję do pośmiania się, dla Ciebie było okropną, wręcz męką. Wiem, że przeżywałaś to bardzo źle. Pewnie nie mogłaś spać po nocach. Wiem. Można to porównać do zbitej szklanki. Wręcz niemożliwe jest pozbieranie wszystkich odłamków i posklejanie jej na nowo. Mia. Błagam, wybacz mi. Proszę. Przepraszam Cię z całego serca za to wszystko. Przepraszam. Gdybym mógł, to bez zastanowienia przeniósłbym się w czasie i to naprawił. Naprawdę. Przepraszam. Postaram się jakoś to naprawić. Zrobię co w mojej mocy. Będę Cię chronił przed takimi głupkami jakim ja byłem dawniej. Obiecuję. Będę Twoim osobistym ochroniarzem. - Podnosiłam głowę lekko w górę i mogłam dojrzeć jak jego kąciki ust lekko powędrowały w stronę nieba. Ale w oczach miał smutek. Głęboki smutek. W końcu, jak to mówią, oczy to klucz do duszy ludzkiej. Chłopak na chwilę się zatrzymał, ale kontynuował wypowiedź.- Obiecuję. Mia, zaufaj mi. Wybacz mi, proszę. Jeszcze raz przepraszam Cię za wszystko. Przepraszam. Z całego serca. Mia. Proszę. Przyjmij moje przeprosiny.
 Zdobyłam się na odwagę już kolejny raz dzisiaj i zwróciłam swój wzrok na jego niebieskie oczy, które ciągle wpatrywały się we mnie. Tym razem widziałam w nich żal ich właściciela do samego siebie, błaganie, abym mu wybaczyła oraz nutkę szczęścia. Jednak nadal nie przestawał mówić.
- Mia. Polubiłem Cię. Może nawet bardzo. Serio. - tym razem uśmiechnął się do mnie. - Może.. Zostaniemy przyjaciółmi ? Jak na razie, nic szybko. Już się nauczyłem, żeby nie śpieszyć się do wszystkiego. - czy to znaczy, że... Bierze pod uwagę coś więcej ? Nie wierzę własnym uszom.
- Mia. Wybacz mi.
 Nie pozwoliłam dłużej mu mówić. bo wtuliłam się w niego mocno jak nigdy. Wyszeptałam mu do ucha ciche ,Wybaczam. I przyjmuję przeprosiny.' Wtedy usłyszałam jak on również szepcze mi ciche ,Dziękuję'. Po odsunięciu się od siebie, zgodziłam się za bycie przyjaciółmi. Wreszcie mam przyjaciela. Nawet nie wiecie, jak się cieszę. Wreszcie będę mieć kogoś, z kim mogę spędzać czas. Chciałabym mieć takiego kogoś na zawsze. Tylko czy tak będzie... Mam nadzieję..
  Uśmiechnęłam się, a on odpowiedział tym samym, przytulając mnie do siebie i całując w czoło. Jack objął mnie ramieniem i siedzieliśmy tak przez długi czas tylko czasem spoglądając na siebie.
- Idziemy na kawę ? - zaproponował mój przyjaciel. Jak to pięknie brzmi. Aż za pięknie, by mogło być prawdziwe. A jednak jest.
- Okeej..- wysłałam mu uśmiech.
Nie minęło 10 minut, a już staliśmy przed wejściem do kafejki. Już miałam chwytać klamkę, ale blondyn mnie wyprzedził i przepuścił w drzwiach, na co ja ukłoniłam się mu, chwytając lekko płaszcz w dłonie. Oboje się zaśmialiśmy, przez co mój humor znacznie się poprawił. Jego śmiech... Uspokajał mnie, sprawiał, że miałam małe motylki w brzuchu. Był i pewnie jest dla jego królewny taki kojący, przyjemny, piękny. Usiedliśmy przy stoliku w rogu kafejki. Leżało już na nim małe menu.
- Co życzy sobie moja przyjaciółka ? - wypowiedział to tak słodko.. Tak inaczej..
- Latte poproszę. A mój przyjaciel ?
- Też latte. Lubisz ciastka czekoladowe ?
- Uwielbiam.
- W takim razie wezmę. - odłożył menu i podszedł do lady, gdzie akurat żaden z klientów nie stał. Niedługo potem już upijałam kawę i przegryzałam ciastkami. Spędziliśmy na tym kilka minut, a potem naszym kierunkiem stały się nasze domy. Szliśmy trzymając się za ręce, co według mnie nie było gestem przyjacielskim, tylko bardziej pasującym do par. Uśmiech wkradł się na moje usta pod wpływem tych myśli. Jak dotarliśmy już pod mój dom, Clark mnie przytulił i powiedział ,Dziękuję', na co odpowiedziałam tym samym i jeszcze raz popatrzałam w jego niebieskie tęczówki i odwróciłam się w stronę wejścia do domu. Gdy szukałam klucza, poczułam spojrzenie chłopaka na sobie. Wchodząc do mieszkania zauważyłam, że on już poszedł w stronę swojego.
 Reszta dnia minęła mi na słuchaniu muzyki i oglądaniu filmów. Wieczorem, gdy rodzina wróciła, zjedliśmy wspólnie kolację jak co dzień. Po posiłku poszłam do swojego pokoju, z którego wyszłam z piżamą kierując się do łazienki. Wyszłam z niej odświeżona i ubrana. Padłam na łóżko i wysłałam Jackowi krótkiego sms'a ,Dobranoc'. Odłożyłam telefon i po chwili zasnęłam.

Czwartek - niedziela, 3.01-6.01.

Te dni minęły mi zwyczajnie. W czwartek nie robiłam nic ciekawszego prócz słuchania muzyki i grania z Calem w gry. Na gwiazdkę dostał FIFE, z którą się praktycznie nie rozstaje. W piątek byłam z mamą na zakupach w centrum. Kupiłam sobie bluzę i jeansy. Mój zestaw na co dzień. Sobotę spędziłam na odrabianiu lekcji. Ci nauczyciele są aż tacy głupi, żeby zadawać nam pracy domowej po dziurki w nosie. Jakbyśmy nie mieli co robić przez święta. W niedzielę zostaliśmy zaproszeni na obiad do Skye'ów, gdzie spędziliśmy popołudnie. Przez resztę dnia oglądałam film z mamą i sprzątałam. Gdy kładłam się spać, usłyszałam w głowie cichy głosik. Powiedział : ,Jutro wszystko się zacznie'.

-----
 Hi :)
 Jak tam wakacje Wam mijają ?
 Nie dodawałam, bo wena czasem uciekła razem z czasem na napisanie.
 Tak. Nash przełożony na 9, ale już na 1000000000% będzie w 9.

 Bye. x



wtorek, 14 lipca 2015

Ordinary Life. 7.


     Poniedziałek,31.12,wieczór i noc.
 
 Skierowaliśmy się w stronę domu chłopaka. Jak zwykle szliśmy w całkowitym milczeniu. Tak jest najlepiej. Przynajmniej dla mnie. Jednak wbrew temu, przerwałam ciszę.
- Jack... Gdzie idziemy? - to pytanie nurtowało mnie odkąd wyszliśmy.
- Mhm... Lubisz niespodzianki? - spytał.
- Hm.. T-tak..
-Więc ci nie powiem. - uśmiechnął się lekko.
- Okeej... - odparłam i ponownie zapadła między nami głucha cisza.
 Gdy już staliśmy pod budynkiem, Jack powiedział, że idzie po kluczyki do samochodu i wróci. Po chwili zniknął za drzwiami, ale tak szybko jak wyszedł, tak pojawił się z powrotem. Ja usiadłam na miejscu pasażera, a on prowadził. Z radia można było usłyszeć cichą muzykę. Jedyny słyszalny dźwięk poza odgłosami silnika. Droga do tego tajemniczego miejsca minęła mi szybko. Zanim się obejrzałam, byliśmy na miejscu. Chłopak wysiadł pierwszy i otworzył mi drzwi.
- Zamknij oczy. Będę Cię prowadził. - oznajmił.
- Dobrze. - zgodziłam się.
 Zrobiłam to, o co poprosił i ruszyłam razem z nim. Jedna jego dłoń trzymała moją, a w drugiej coś niósł. Nie wiedziałam co. Niebieskooki cały czas informował mnie, że mam iść prosto, w prawo, w lewo.. Mówił też, żebym uważała na kamienie, gałęzie itp. Kiedy przed nami pojawiło się małe wzniesienie, wziął mnie na ręce jak pannę młodą i przeniósł aż na miejsce, do którego cały czas zmierzaliśmy.
- Jak słoodkoo... - pomyślałam, gdy stawiał mnie na ziemi.
- Hhmm.. - uśmiehcnął się.
- Słyszałeś ? - zdziwiłam się.
- Taak...
- Ou. - miałam nadzieję, że tego nie powiem.
- Cieszę się, że ci sie podobało.
 Blondyn spojrzał w moje oczy, a ja od razu poczułam, że się czerwienie, więc spuściłam wzrok na swoje buty. Dopiero wtedy zauważyłam, że w ręce miał jakiś odtwarzacz płyt i kilka DVD. Jack złączył nasze dłonie i zaprowadził mnie w stronę ławki stojącej kilka kroków przed nami. Usiedliśmy obok siebie. Chłopak włożył jakąś płytę do odtwarzacza i po chwili do naszych uszu dotarła spokojna melodia. Spojrzałam na ekran telefonu, chcąc dowiedzieć się, która godzina. Już 21:30. Czyli długo musiało zająć nam dotarcie tutaj.
 Nadal siedzieliśmy w milczeniu. Żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. Oparłam głowę na jego ramieniu, a on swoją na mojej. Nadal uwielbiam takie momenty. Przebywanie z kimś, kto sprawia, że jesteś szczęśliwy, z kimś, kogo kochasz.
*Mia patrzy w oczy Nasha, on w jej oczy. Uśmiechają się do siebie.*
- Ooo... -mówią siedzący obok.
-Tak, kochałam się wtedy w Jacku. - oznajmia Mia.
- Oo. Jeszcze nie wspomniałaś o tym.
- To już wiecie. 
 Ten czas jest dla mnie idealny na przemyślenia, poukładanie myśli, gdybanie, układanie historii, które nigdy nie będą miały miejsca.
 W pewnym momencie mój towarzysz spojrzał na mnie.
- Mm.. Pięknie wyglądasz.... 
- Dzie-dziękuję. - zarumieniłam się.
- Wyglądasz słodko, jak się rumienisz.
 Teraz to wyglądałam jak burak. No, może trochę przesadziłam. Cały czas wpatrywałam się w swoje buty. Nie chciałam, by zauważył moją reakcje na jego słowa. Ale pomimo tego ją widział. Z resztą, sam to potwierdził.
 Minutę później usłyszałam szybką, skoczną melodię dochodzącą zapewne z odtwarzacza. Nic wielkiego, ale poprawiło mi humor i poczułam, że moje policzki już nie są czerwone. Spojrzałam na Jack'a. Jego wzrok był zwrócony w stronę, z której tu przyszliśmy. Westchnęłam. Chciałam spotkać się z jego oczami, uśmiechnąć się do niego, zobaczyć jego uśmiech, przytulić go. W momencie, gdy odwróciłam wzrok na panoramę miasta, poczułam jak on patrzy na mnie. Teraz pewnie czuje to samo, co ja wcześniej. Od razu odwróciłam się w jego stronę. Poczułam i zobaczyłam to, co chciałam. On chyba też bo uśmiechnął się jak nigdy. Przytulił mnie mocno. Tego teraz chcieliśmy. Poczucia obecności drugiej osoby. Niedługo oderwaliśmy się od siebie.
- Może.. Zagramy w 5 pytań? - zaproponował Clark.
- Ok. Zaczynaj. - odpowiedziałam.
- Ty zacznij.
- Skoro nalegasz.... Jaki jest Twój ulubiony kolor ?
- Błękitny. A Twój?
- Czerwony. Już po jednym. Skąd znasz Nasha?
- Jest moim kuzynem. A Ty ?
- Przyszliście razem do mojego domu z kartką z życzeniem... Mówiłeś do niego po imieniu..
-  No tak... Już dwa.
- Hhm.. Masz rodzeństwo?
- Myślałem, że wiesz.. Mam. Siostrę. Młodszą.
- Jednak nie wiedziałam.
- Jakie kwiaty lubisz najbardziej ? - mogłam się domyślić, dlaczego o to pyta...
- Tulipany. Jak ma na imię Twoja siostra ?
- Jasmine. Masz młodsze rodzeństwo  ?
- Nie.. Już cztery pytania. Ostatnie. Skąd znasz to miejsce? Pięknie tu. - zadając pytanie przekręciłam głowę w prawo.
- Czasem tu przychodziłem. Jak chciałem się przejść, pomyśleć spokojnie. Też tak uważam, pięknie.
- A Twoje pytanie ?
- Mhm... A Ty masz jakieś takie miejsce ?
- Tak na prawdę to taka moja mała tajemnica, ale i tak każdy może je znać, więc nic sie nie stanie, jak Ci powiem.. I mam dwa. Jednym jest altanka w ogródku mojego domu. Drugim jest mała polana między drzewami w lesie blisko parku. Stoi tam stara, od wielu lat niemalowana ławka. Drzewa nie są gęsto posadzone. Widać przez nie bez problemu park i jeziorko. Można tam dojść wydeptaną ścieżką. Nie widać jej aż tak bardzo wyraźnie, ale to nie przeszkadza.
- Zaprowadzisz mnie tam kiedyś ?
- Już 6 pytaniee.. - zaśmiałąm się - Jak chcesz to mogę dziś.
- Zobaczymy... - mrugnął okiem.
- Hhm. Ok..
 Wychyliłam telefon z kieszonki, by sprawdzić godzinę. Już 23:00. Super. Wstałam z ławki, aby z bliska przyjrzeć się miastu. Blondyn również zrobił to samo. Kiedy stanęliśmy w miejscu, objął mnie w tali, stojąc  za mną. Uśmiechnęłam się pod nosem. To uczucie... Dopiero po chwili zauważyłam, że zaraz przy początku ścieżki wydeptanej tu, na górę, znajduje się jakiś lokal, z którego wydobywają się ledwo słyszalne dźwięki piosenek sylwestrowych. W naszym odtwarzaczu właśnie skończyła się jedna z szybszych piosenek, a zaczęła jakaś ballada.
- Zatańczymy  ? - spytał chłopak wyciągając swoją dłoń w moją stronę.
- Oczywiście. - Uśmiechnęłam się, co odwzajemnij i chwyciłam jego rękę kierując się w stronę ławki.
 Od razu zaczęliśmy poruszać się w rytm muzyki. Na początku nasze dłonie były złączone, potem wtuliłam się w niego i poczułam jak on opiera swoje ręce na moich plecach. Potem swoimi oplotłam jego szyję tak, że mogłam patrzyć w jego oczy po lekkim uniesieniu głowy w górę. Tańczyliśmy tak, aż do momentu, kiedy dało się słyszeć odliczanie do nowego roku. Zatrzymaliśmy się i nasłuchiwaliśmy okrzyków.
- 10. - Jack rozpoczął nasze wspólne odliczanie.
- 9. - kontynuowałam.
- 8.
- 7.
- 6.
- 5.
- 4.
- 3.
- 2.
- 1.
 W tym momencie ludzie zaczęli krzyczeć ''zero', Ale my się wyciszyliśmy. Jego twarz była już wystarczająco blisko mojej, bym mogła poczuć jego oddech na sobie i mocny zapach jego perfum. Dwa centymetry. Jeden. Pół. 20 milimetrów. 15. 10. 5. Teraz już dotykaliśmy swoich ust, ale ledwo. W momencie, gdy już wybuchły fajerwerki zwiastujące pierwsze sekundy nowego roku, nie dzieliło nas prawie nic. Ale prawie. I teraz proszę, poznajcie moje szczęście. Mój jakże niesamowity los i jakże niesamowite wyczucie chwili. Serdecznie przedstawiam Wam najgorszy moment świata, w którym jego działanie mogło się włączyć. I akurat tak się stało.
  PRZEKRĘCIŁAM GŁOWĘ W LEWO. TAK. DOBRZE USŁYSZELIŚCIE. PRZEKRĘCIŁAM GŁOWĘ W LEWO. ZAMIAST TRZYMAĆ JĄ W MIEJSCU, W KTÓRYM BYŁA SEKUNDĘ TEMU, PRZEKRĘCIŁAM JĄ. ZEPSUŁAM SOBIE NAJWAŻNIEJSZY MOMENT W MOIM DOTYCHCZASOWYM ŻYCIU I ZAPEWNE CAŁYM. TEN MAGICZNY, PIĘKNY MOMENT, O KTÓRYM MYŚLAŁAM, ŻE NIGDY GO NIE PRZEŻYJE. DOSTAŁAM SZANSĘ OD ŻYCIA. ALE JAK ZWYKLE JEJ NIE WYKORZYSTAŁAM. CAŁA JA. WSPINAM SIĘ DO GÓRY, ALE WŁAŚNIE TERAZ SIĘ POTKNĘŁAM I SPADŁAM NA DÓŁ. DZIĘKUJE. MAM JUŻ TEGO SERDECZNIE DOŚĆ.
 Jednak aż tak źle to nie wyszło. Pocałował mnie w kącik ust. Chciał później przesunąć usta na moje, ale tym razem 'szczęście' się ponownie odezwało i ruszyłam głową lekko w prawo. Jack już chyba stracił siłę czy chęci 'walki ze mną' i pocałował mnie po prostu w policzek, a potem w czoło i mocno przytulił. Widać, że był troszkę jakby zawiedziony, ale jednak wyczułam u niego i chęć pocałowania mnie, i jego zupełne przeciwieństwo. Od razu oddałam uścisk i wspięłam się lekko na palce i pocałowałam go w policzek z czego raczej był zadowolony. Uśmiechnął się pod nosem jak i ja. Długi czas staliśmy wtuleni w siebie nie mówiąc nic. Trwaliśmy w tej pozycji około pięciu minut, a potem usiedliśmy na ławce oglądając fajerwerki.
- Przepraszam..
- Nie masz za co. To ja przepraszam.
- Ty nie masz za co. To ja zepsułam ten moment. - spojrzałam na niego, a on na mnie. Patrzyliśmy się sobie w oczy. Widziałam w nich niewielki smutek, zawiedzenie. W moich zapewne dało się dostrzec to samo.
- Może.. Przejdziemy się ?
- Ok.. Chcesz iść w to moje już nie tajemnicze miejsce ?
- Chętnie.
 Chłopak splótł nasze dłonie i zabrał ze sobą odtwarzacz, w którym wciąż była płyta. Za dziesięć minut byliśmy już przy samochodzie. Usiedliśmy na naszych poprzednich miejscach (gdy chciałam otworzyć drzwi Jack chwycił za klamkę i zrobił to za mnie) i ruszyliśmy. Ja mówiłam kierowcy, gdzie ma jechać, a on posłusznie skręcał to w lewo, to w prawo. Po piętnastu minutach byliśmy przy parku. Clark zaparkował auto na parkingu po drugiej stronie ulicy, przez którą bezpiecznie przeszliśmy. Cały czas prowadziłam niebieskookiego na polanę nie rozłączając naszych dłoni. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać jak dzisiejszy dzień spędza reszta mojej rodzinki. Pewnie piją szampana, rozmawiają, składają sobie życzenia, oglądają w telewizji koncert sylwestrowy, coś jedzą. Jak zwykle w naszym gronie. Kątem oka zauważyła wąską ścieżkę prowadzącą tam, gdzie zmierzamy. Za chwilę staliśmy już krok od ławki. Usiedliśmy na niej. -
- Jak tu spokojnie.. I pięknie.-
- Cicho i spokojnie.. Ale czy pięknie ? Tam, gdzie byliśmy było jak dla mnie piękniej. Uwielbiam oglądać takie widoki jakie tam były.
- Ja też. To jest jeden z powodów dlaczego tak lubię tamto miejsce. Ale tutaj też jest ładnie.
 Nie odpowiedziałam nic, tylko oparłam głowę na jego ramieniu zagłębiając się w swoich myślach. Nie minęło dużo czasu i Jack zaczął kolejną naszą rozmowę o wszystkim i niczym. Tak minęła nam następna godzina. Była pierwsza, kiedy zdecydowaliśmy się wrócić do domów. Byłam trochę zmęczona i chciałam, tak jak i blondyn, spędzić czas z rodziną. Za kilkanaście minut byliśmy pod moim domem. Clark wyszedł i otworzył mi drzwi zanim zdążyłam sama to zrobić i na pożegnanie mnie przytulił i pocałował w czoło. Wysłał mi uśmiech, co odwzajemniłam i pomachałam mu. Odwróciłam się i skierowałam do wejścia. Wyciągnęłam kluczyki z torebki, aby otworzyć drzwi, a tu przede mną pojawił się nagle Calum. Uśmiechnął się do mnie, a ja weszłam do ciepłego budynku. Brat zamknął drzwi, a ja ściągnęłam płaszcz i buty kierując się potem w stronę salonu. Od razu wszyscy radośnie mnie przywitali i zalali masą pytań o to, jak spędziłam czas z Jackiem. Odpowiadałam wymijająco. Nie cierpię odpowiadania na takie pytania. Gdy już skończyli je zadawać, mama zaproponowała, żebym coś zjadła. Zgodziłam się - byłam głodna. Po kolacji, około godziny 3:00, poszliśmy już spać. Po prysznicu i przebraniu się, padłam na łóżko. Przykryłam się kołdrą i ułożyłam głowę na poduszce. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

-----
 Hi ! I jak ? Spodziewałam się krótszego, ale jest ok. :)
 Wiem, trochę więcej niż dwa tygodnie, ale nie znalazłam czasu na napisanie rozdziału jak nie było mnie w domu. Od razu jak wróciłam to się wzięłam za niego i oto jest !
 Nash nadal w 8. Jak coś się nie zmieni.
 EDYTOWAŁAM ZAPOWIEDŹ. Przeczytajcie.

Love you,
Bye ! xx